23.10.2007
Po wyborach. Po ptakach.
10.03.2007
Dzieje się coś ciekawego z naszą publicznością. Wielu młodych widzów odrzuca strategię jawnego anektowania do teatru pop–kultury, nawet jeśli jest to jeszcze modne i pozwala zdobyć rozgłos, to myślę, że nie jest to jedyny wybór i możliwa strategia czytania teatru na najbliższy czas. Ludzie zaczynają oczekiwać od teatru nie tylko kalkowania tandety – zwłaszcza, że większość młodych ludzi jest do bólu zainfekowana pop–kulturą – zaczyna się poszukiwanie w teatrze przeżycia, katharsis. Uczuć prawdziwych i emocji, a nie tylko gry w transwestytów i komiks. Teatr ma czytać rzeczywistość, ale nie przez kopiowanie jej do teatru, a poprzez szukanie papierka lakmusowego – historii, która odczyta ukryte sensy, emocje. Często szuka się tylko łatwej anegdoty – zanurzonej w polityce, jakiś gazetowych historiach z życia społecznego. A nie w polityce jest sens ukryty – ale w prywatnych historiach, w tym o czym ludzie marzą, czego poszukują. Atrakcyjne formy realizacyjne, efekty wizualne – zastępują w wielu wypadkach istotność treści. Nie ma tam emocji, która mogłaby nas obchodzić, dotykać. Pop–kultura jest efektowna, ale sprowadza temat do operowania kliszami, do gry w gruncie rzeczy głównie estetycznej, nie pozwala na odkrycie głębi. Trudno odwołując się do skojarzeń zaczerpniętych z z produkcji służących wyłącznie rozrywce - poszukiwać zaskakujących odkryć psychologicznych, budować nowe spojrzenie na literaturę antyku czy Szekspira. To niestety prawie zawsze prowadzić będzie do upodabnia tamtej sztuki do filmów klasy B czy C i niewiele więcej. To jest efektowne pudełeczko - taka kolorowa cynfolia, która zawsze pozostanie cynfolią. Nawet najpiękniej odziana i wystylizowana gwiazdka pop - pozostanie tylko głupiutkim produktem show biznesu. Miłym dla oka, ale rozpaczliwie nijakim. Doprawdy nie ma potrzeby sprowadzać teatru do poziomu waty cukrowej dla mas. Stało się coś niedobrego - zaczęliśmy się bać w teatrze - braku atrakcyjności, widowiskowości. Zarzucać brudne i chropawe projekty, na rzecz efektowniejszych, łatwiej przyswajalnych. Modniejszych. I co w tym wszystkim jest największą ironią - to właśnie czciciele pop-kultury uchodzą za awangardę, buntowników, non-konformistów. Biedny Tadeusz Kantor w grobie obraca się jak kurczak na rożnie. Choć już sam ileś tam lat temu przestrzegał przed "pospolitym ruszeniem awangardy", gdy odwaga tanieje i bycie rzekomym buntownikiem zaczyna się opłacać
Niezależnie od tego - myślę, że spektakl, który dotknie tych ukrytych emocji, znajdując do tego także nową formę - będzie takim przełomem jak w swoim czasie "Bzik tropikalny" czy potem "Oczyszczeni". Pozwoli stworzyć innego widza, przywracając siłę prostej opowieści o uczuciach, emocjach, marzeniach. Właśnie na przekór telewizji, gazetowym guru i teledyskowym przedstawieniom.

6.12.2006
Wczoraj wieczorem wróciliśmy z Berlina - kończąc tym samym premierową trasę "La Dolce NRD" . Stolica Niemiec przyjęła nas bardzo dobrze, pokaz zakończyła owacja publiczności. Telewizja ZDF -zrobiła relację, która na drugi dzień ukazała się na antenie. Wśród widzów byli i Polacy mieszkający w Berlinie, jak również Niemcy. Trochę obawialiśmy się tej wyprawy z gatunku "wożenia drewna do lasu". Ale okazało się, że las przyjął nas bardzo sympatycznie. Po spektaklu pojawiły się sugestie, że powinniśmy odbyć trasę po wschodnich Niemczech. Pewnie nie byłby to zły pomysł, ale nie wiadomo, czy uda znaleźć się organizatora takiej - w końcu niezbyt taniej - wyprawy. Myślę, że Janusz Radek - ze swoim talentem i temperamentem scenicznym miałby na tamtym rynku sporą szansę, ale musiałaby za nim stać jakaś znacząca instytucja: firma płytowa, agencja menedżerska, telewizja. To przecież o wiele trudniejszy rynek niż w Polsce.
Występ w Berlinie zakończył nasza trasę promocyjną: zagraliśmy w największych miastach, spektakl obejrzało w sumie kilka tysięcy widzów, ale jednocześnie wciąż uderzamy głową w mur naszego niby rynku w niby show bussinesie. Dla takich projektów jak "La Dolce NRD" wciąż jest mało miejsca - bo ani nie jesteśmy wystarczająco teatralni aby zajął się nami na poważnie świat teatralny, ani całkowicie muzyczni - aby skupił na nas swą uwagę światek muzyczny. Przemykamy trochę obok, skazani na własny spryt.
5.11.2006
W nawiązaniu do poprzedniego wpisu. W filmie Wajdy "Krajobraz po bitwie" jest scena, gdy po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego oficer amerykański idąc przez barak wypełniony przez ludzkie wraki w pasiakach, tłumaczy im, że nie powinni się mścić na swoich oprawcach, że powinni zachować się jak ludzie cywilizowani. Potem znika. A wtedy tłum zeków wyciąga z kąta przerażonego kapo i wynosi go na zewnątrz i wpycha do błotnego bajora. Dopycha, kopie, aż kapo znika w brei błota. Wszystko dzieje się metodycznie, bez wzajemnego zachęcenia, bez głosu protestu.
Inny obraz: Gerron w Teresinie kręci na zlecenie Niemców obraz o życiu w obozie. Realizuje scenę, w której ma pokazać gromadę dzieci zajadającą się świeżym chlebem. Na plan zostaje dostarczy chleb w koszach, zanim kamera ruszy chleb zostaje zjedzony, do ostatniego okruszka. W ciszy, bez przepychania. Zostaje przysłana kolejna porcja, ale sytuacja się powtarza, trzeci raz to samo - dopiero za czwartych razem dzieci dostają chleb tuż przed ujęciem.
Mrówki, gdy rozwalimy im mrowisko, w mgnieniu oka porywają larwy i szukają dla nich schronienia. Wszystko tam dzieje się całkowicie metodycznie i planowo. Nikt nie wydaje poleceń, ani nakazów. Rzeczywistość dzieje się. Przytrafia się.
Krążę wokół historii obozowych Gerrona, jak i wokół owadziego świata Pielewina odnajdując w nich zaskakująco wiele zbieżnych cech.
14.11.2006
Parę miesięcy temu trafiłem na niezwykłą historię gwiazdora niemieckiego kabaretu sprzed II wojny - Kurta Gerrona - opisaną w niepublikowanym po polsku dramacie Roya Kifta "Camp comedy". Gerron, w raz z innymi aktorami scen berlińskich, trafia do obozu koncentracyjnego w Teresinie, gdzie tworzy Kabaret "Karuzela". Teresin - pokazowy obóz koncentracyjny, który miał stanowić dla Niemców alibi przed światową opinią publiczną, dla Gerrona (jak i większości więźniów) był tylko etapem na drodze do Oświęcimia.
Usiłuję sobie wyobrazić ostatnią scenę nigdy nie nakręconego filmu z udziałem Gerrona (partnerował m.in. Marlenie Dietrich w „Błękitnym Aniele”). Jest rok 1943, rampa obozu w Oświęcimiu. Chłodna noc. Niemcy rozładowują kolejny pociąg, tym razem przybywają więźniowie z czeskiego obozu w Teresinie. Przy stoliku doktor Josef Mengele dokonuje selekcji. Staje przed nim wychudzony aktor kabaretu, z którego żartów być może zaśmiewał się przed laty w Berlinie. Czy go poznaje? Czy go to w ogóle interesuje? Przecież tam nikt nie wymienia nazwisk. Gerron jest wyczerpany i zrezygnowany. Przez prawie dwa lata próbował przetrwać w poprzednich obozach. Mengele pyta: nadajesz się do pracy? Gerron, który do mistrzostwa opanował role cwaniaczków, hosztaplerów, mętów, znakomicie ogrywając swoją korpulentną sylwetkę, nawet nie próbuje zagrać silniejszego od siebie, wyszepta tylko: nein. Gdyby Mengele pytał dalej, pewnie usłyszałby jak ten strzęp człowieka wypowiada zdania z nienaganną dykcją, w czystym i zupełnie nie żydowskim języku niemieckim. Ale Mengele nie pyta, a Gerron popychany przez strażników trafia na tamtą stronę. Na jedną stronę idą zdolni do pracy, oni jeszcze przez chwilę ocaleją, na tamtą – dalszą stronę przeganiani są ci których los domknie się na drodze w stronę gazowych pryszniców. Gerron jest wśród nich.
A teraz cofnijmy się niemal pół wieku wstecz. Do Monachium. Właśnie rozpoczął się wiek XX. Jest rok 1901 w Monachium, piwiarnia - grupa artystów tworzy pierwszy kabaret. Potem może w podobnej piwiarni Adolf Hitler zacznie swoją wyprawę po władzę. Podobnie było w 1916. Na Spiedelgasse 1 rozpoczynali swoją rewoltę dadaiści, pod 16 mieszkał Lenin. Rok później w Sankt Petersburgu krzyżują się drogi Daniiła Charmsa i Witkacego. Ten ostatni wraca do Polski i tworzy dzieła, które łączą doświadczenia kabaretu z teatrem, wpływając na każdą z tych dziedzin sztuki. Charms wraz ze swoimi kolegami zagrają w 1928 roku ostatni akord radzieckiej awangardy – tworząc grupę OBERIU, której głównym sposobem działania były „Wieczory Oberiuckie” bliskie estetyce zuryskich dadaistów czy w akcji Witkacego i Chwistka w Zakopanym. W Pradze może w jednej knajpie spotykają się Kafka, Adolf Hitler i Hasek. Ten ostatni już ma za sobą historię knajpianej Partii Umiarkowanego Postępu, która w ironicznej formie ewokuje szaleństwo partyjnych zaczadzeń XX stulecia. Adolf Hitler na razie maluje pocztówki i pokoje.
Losy dyktatorów i artystów kabaretu krzyżują się i splatają do czasu XX wojny światowej, z przykrymi konsekwencjami dla tych ostatnich. Gdzieś na końcu tej opowieści Gerron wraz z współwięźniami tworzy obozowy kabaret. Kabaret jednak nie uratuje go. Nie może uratować.
13.11.2006
Skończyłem czytać "Życie owadów" Wiktora Pielewina. Zadziwiające, jak w literaturze rosyjskiej pewne motywy i tematy wciąż powracają, w coraz bardziej zaskakujących formach. W latach 20. ubiegłego stulecia moi ulubieni Oberiuci - Danił Charms, Mikołaj Zabołocki - zrównywali życie człowieka z bytem karalucha czy żuka. Banalność i kruchość owadziego bytu - stawała się dla nich metaforą ich własnego życia, które można stracić, równie łatwo - jak rozdeptuje się insekta na podłodze. Oberiuci patrzyli jednak na owady dość nieśmiało przydając im cechy ludzkie. W tym samym czasie Franz Kafka szedł dużo dalej - jego Gregor Samsa - przemieniał się w obrzydliwego robala, ciało stawało się pułapką bez wyjścia. Pielewin łączy absurd i groteskę Oberiutów z bezlitosnym zabiegiem Kafki, ale idzie jeszcze dalej. Pokazuje współczesną Rosję z perspektywy komarów, mrówek, karaluchów, żuków gnojarzy. Rosja owadów niepokojąco przypomina Rosję ludzi - tyle, że tutaj krew pije się bez wyrzutów sumienia, a w chwili głodu zjada się ocalałą kończynę ukochanego. Nadal jak u Oberiutów śmierć trafia się równie niespodziewanie i w sposób cokolwiek groteskowy, ale ten entomologiczny świat przeraża dużo bardziej niż wiele obyczajowych historyjek z życia tzw. ludzi. Pielewin ucieka od publicystyki, trzymając się jednak wszystkimi czułkami realiów współczesnej Rosji. Gdzieś w tle odbija się dalekim echem "Noc Walpurgii" Jerofiejewa, są tam ślady alkoholicznego Zen Szynkariowa, jest i zimny świat dramatów Kolady. Życie ludzi-owadów ukazane na chłodno, jak przez mikroskop - bez taniego sentymentalizmu, bez zadumy. Zdania ostre jak lancet laboranta w prosektorium, rozcinają chitynowe pancerze - pod spodem, toczy się walka o przetrwanie: każdy toczy swoją kulę nawozu, albo ryje korytarz w poprzek i gdy nagle zmieni kierunek i przebija się przez sufit i wychodzi na łąkę - jest martwy.
Wracałem niedawno do Oberiutów - czytam "Staruchę" Charmsa przymierzając się do jej wystawienia, ale po lekturze Pielewina - myślę, że powinienem podążyć jego tropem. W tej literaturze zapisany jest teatr, który mi najbardziej odpowiada - budowany z formy, z zawieszonego w pustce czystego działania, każda scena staje się wówczas walką o przeżycie, w każdym momencie jesteśmy na krawędzi - walczymy o to aby nie przeminąć bez sensu, aby doświadczyć grozy własnego istnienia do samego końca. Wryć się w podziemny tunel w poszukiwaniu tego światła na samym końcu. Tutaj publicystyka czy powierzchowna psychologia - tzw. rodzajowość nie mają znaczenia, wręcz są zbędne. Rzeczywistość sceniczna zostaje odarta do samego szkieletu, do pancerza.
Owadzi świat do wyzwanie zarówno dla aktorów, jak i reżysera. Konieczność zbudowania autonomicznego świata - własnego niepokojącego mrowiska.
Tak dla porządku przypominam, że mój drugi oberiucki spektakl nosił tytuł "Sen pogodnego karalucha".