NOWY BLOG

                                                                                                                                                                                       POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ

7.08.2006

Tego roku był najbardziej upalny lipiec od ponad 200 lat. Gorąco. Coś wisiało w powietrzu. Ludzie ciągnęli nad morze, albo stamtąd wracali. Autokarami, samolotami, niektórzy samochodami. Zmęczeni podrożą czasem przystawali na stacjach benzynowych, aby napić się kawy, zatankować, a może tylko rozprostować nogi. Na ilu takich - szczególnie nocnych stacjach stawało się w życiu. Ten charakterystyczny zapach benzyny, oleju, rozgrzanego asfaltu. Chłód klimatyzowanego sklepu. Wjeżdżasz i wyjeżdżasz, za moment nie pamiętasz gdzie byłeś.

Oni chyba też wjechali na taką stację, nad ranem. Zmęczeni. Zaparkowali? Przystanęli na chwilę? Spali? Nie wiem, to w zasadzie nie ważne. Chodzi o kilka sekund, kilka minut - gdy mogli być w drodze, albo wjechać na tę stację później. Mogli wyjechać wcześniej, stanąć w korku.... Miliony potencjalnych rozwiązań. Ale byli tam, dokładnie w tej chwili gdy pojawiło się tam rozpędzone kilkadziesiąt ton tira. Znów tylko pozostają domysły, niepotrzebne dociekania, pytania. Jak. Kierowca tira zasnął, był zmęczony, nie zauważył. To już nie ma znaczenia. Na te kilka sekund ich drogi się skrzyżowały. Zginęli ludzie. Młoda dziewczyna i młody chłopak. Na miejscu - tak zazwyczaj brzmią komunikaty w prasie, całkowicie anonimowe. Ale tutaj ten chłopak miał całkiem konkretne imię i nazwisko.

 

Paweł Szot.

 

W krakowskich świecie teatralnym był dobrze znany. Pracował w Teatrze STU, wcześniej w Teatrze Słowackiego, Cricotece, PWST... Publiczność zazwyczaj nie zna takich ludzi z imienia i nazwiska, ale to dzięki nim teatry co dzień mogą grać, dzięki nim cały ten organizm może funkcjonować. Oddają teatrowi całe swoje życie. To zdanie brzmi teraz naprawdę groźnie. Ale nie o pracę i zawodowe obowiązki mi chodzi, ale coś zupełnie prywatnego i osobistego. Człowieka, którego dobrze się znało, z którym spędziło się wiele czasu, który ... był. Najtrudniejszy jest ten czas przeszły, zwłaszcza gdy mówisz o kimś z kim widziałeś się na Rynku Głównym raptem kilka tygodni temu. To jest okrutne, ale też ważne: każde śmierć, mówi nam niesłychanie wiele o życiu. W tym sensie odejście Pawła nadaje nowy sens naszemu życiu.

 

Najczęściej w zaślepieniu pychą codziennego niesłychanie ważnego życia - wypełnionego jakże ważnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami, zamartwiając się nie załatwionymi drobiazgami, coraz bardziej pogrążamy się w ułudzie własnego istnienia, jako czegoś niesłychanie konkretnego, rozbudowanego, ba wręcz nienaruszalnego. Ta rzekoma niezbędność naszych codziennych załatwień i obowiązków, delikatnie, choć bardzo skutecznie - znieczula i oszałamia, gubi właściwą perspektywę. Dopiero nagły brak, jakaś wyrwa, która pojawia się w tym rzekomo trwałym świecie, nakazuje spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy.

 

Istniejemy na tyle, na ile zostaniemy zapamiętani. Istniejemy zobaczeni przez innych. Dopóki we wspomnieniach innych będzie trwał nasz obraz, dotąd przetrwamy. Dzieła sztuki, wszelkie zapisy i rejestracje mechaniczne są tylko nędznym surogatem pamięci. Człowiek istnieje poprzez pamięć innego człowieka.

 

Ocalam w pamięci jeden obraz. To było kilka miesięcy temu. Spotkanie grupy znajomych, między nimi Paweł. Tańczy. Uwielbiał tańczyć, wszystkie nasze koleżanki obtańcowywał z gracją, z nawiązką zastępując w większości nieruchawych mężczyzn. W tańcu był niesłychanie ekspansywny, dynamiczny, można powiedzieć zachłanny. Tamtego wieczoru widziałem go tylko przez chwilę. Patrzyłem w dobrze znaną twarz i coś mnie zaniepokoiło. Jakiś dziwny żar, gwałtowność w jego oku. Coś podświadomego, nie do końca dającego się nazwać. Jakby ta śmierć sprzed dwóch dni, już się przyczajała, już zaczynała swoje podchody. Zaczynała ku sobie przyciągać. Zaczęła szukać tych kilkunastu sekund, w których banalny postój w trasie z wakacji zamienia się w masakrę.

 

Może tylko mi się wydawało, może to był nastrój wieczoru, wpływ alkoholu.... Nie wiem. Ale ten obraz już został w pamięci, już nie da się go zatrzeć.

Wraz z tym obrazem kołacze mi się w głowie myśl chasydzkiego mistyka Baal Szem Towa, który powiadał: człowiek, który tańczy modli się podwójnie. Paweł miał w sobie ten żar, który sprawia, że potrafimy poczuć życie całym sobą. Jeśli po tej drugiej stronie coś jest, to myślę, że te podwójne modlitwy zostaną mu policzone.

 

[*] [*] [*] [*]

 

 

23.03.2006

W ostatnich miesiącach rozpętała się burza wokół Jana Klaty. Najlepsze jest to, że tak naprawdę najwięcej krzywdy i bałaganu wokół tego twórcy zrobili sami krytycy, wypisując często piramidalne bzdury. Ten proceder trwa jednak nadal, czytam oto w piśmie "Arte" rozmowę z Klatą. Całkiem sensowny wywiad i nagle na końcu trafiam na notkę od redaktorki, w której znajduje się taka oto charakterystyka tego reżysera:
"Jan Klata jedyny młody polski reżyser, o którym się dyskutuje, laureat Paszportu "Polityki". O inscenizowaniu Hamleta opowiada tym samym językiem, jakim mówi o coverach Hey Joe. Znaczy: enfant terrible, amator, propagator kiczu, twórca plakatowych spektakli, które poświęcają słowo na rzecz widowiskowego obrazu. Za epitety się nie obraża, tylko nie bardzo rozumie, skąd się biorą. Może stąd, że kluczem do zrozumienia Klaciego świata nie jest znajomość specyfiki teatru szekspirowskiego ani wszystkich dziel Tadeusza Kantora, tylko biografii Andy'ego Warhola i muzyki Kraftwerku. Taki teatr robiłby Tim Burton, gdyby porzucił Hollywood dla sceny"

 

Co ma Kraftwerk do twórczości Klaty? Gdzie tutaj kluczem jest biografia Warhola - rozumiem, że tamten nosił srebrną perukę wpinaną klipsem w czaszkę, a Klata nosi irokeza, ale czuby nosili także wodzowie Indian, co jak rozumiem też może być "kluczem". No i jeszcze ten Burton! Tak dla porządku: jakby Burton pracował dla sceny, to już prędzej robiłby to co Robert Wilson, choć i takie porównanie nie ma sensu.

 

Wniosek jest jeden: najwyższy czas powołać front obrony twórców przed życzliwymi krytykami. Przed złośliwi sami się obronią.

 

22.03.2006

Nie pisałem nic przez prawie cztery miesiące. Nie chciało mi się, nie miałem weny, nie miałem nastroju - a może po prostu jestem leniwy. Nie mam pojęcia. Czasem jest tak: siadasz i piszesz codziennie po kilka stron, potem nagle przez kilka miesięcy nic. I już.

Teraz znów mi się chce. Oczywiście cztery miesiące bez blogu nie oznaczają pustki. Wręcz przeciwnie - robiłem wiele innych rzeczy. W zeszłym tygodniu skończyłem "Pana Kazimierza". Premierę w Krakowie zagraliśmy na warunkach nieco upokarzających: jako, że nasz spektakl jest produkcją niezależną, musimy PWST, które udostępnia nam scenę - za wszystko płacić: za salę, za ludzi. Więc próbując co dzień po różnych przypadkowych salach zagraliśmy premierę po jednej próbie technicznej na scenie. Oczywiście wpadek była cała masa, niedoróbek też. Innym wyjściem było odwołanie spektaklu i odłożenie go na półkę. W tym wypadku nie ma dobrego wyjścia, ale trzeba zdecydować się nawet na nieudaną premierę, za cenę grania. Co piszę ku rozwadze komuś, kto zechciałby iść naszą drogą i realizować w Krakowie - spektakl niezależny, ale z pełnym rozmachem normalnego teatru: ze scenografią, światłami, efektami itp.

Jako się rzekło premiera poszła tak sobie, paru krakowskich speców zdążyło się oburzyć, jednocześnie wykazać swoją wiedzą co też zrobiliśmy źle i dlaczego powinniśmy zapomnieć o tym projekcie. Nie mogli jednak wiedzieć nasi szanowni doradcy, że mimo to - gramy dalej, nie zakończyliśmy pracy, a nawet jesteśmy przekonani, że dojdziemy do efektu, obok którego nie da się przejść obojętnie i jeszcze będą nas musieli przeprosić.

 

Zagraliśmy zatem próby generalne z widzami, które musiały nazywać się premierą, dalej pracując i będąc pewnym, że 14 marca jedziemy na PPA do Wrocławia i tam nastąpi ostateczna weryfikacja. We Wrocławiu, w moim ulubionym Teatrze Współczesnym - na szczęście spotkaliśmy znakomitą ekipę techniczną, więc próby przebiegły bez zakłóceń (nawet nie zepsuło ich opóźnienie muzyków wynikłe z awarii samochodu) - po kolei wprowadziliśmy zmiany, dopracowali rytmy, jeszcze raz ustawili intencje utworów i ... zagraliśmy dla pełnej sali, która spektakl przyjęła entuzjastycznie, co znalazło też potwierdzenie w recenzjach prasowych. Wykonawcy złapali formę, uzyskali niezbędną lekkość, tak iż wreszcie spektakl zaczął toczyć się w odpowiednim rytmie. Podczas kolejnych prezentacji, może się już tylko rozwijać w dobrą stronę.

Dla mnie ważne jest jedno: udało się osiągnąć spójność w połączeniu abstrakcyjnej i umownej przestrzeni, zbudowanej z rysunków - czarno-białej, graficznej i różnorodnej muzycznie połączonej z wyraźnym, dynamicznym i formalnym ruchem.

I jeszcze coś: zrobiliśmy historię muzyczną, w której znalazło się 20 premierowych piosenek napisanych przez niezłych kompozytorów, gdzie nikt - żadna wytwórnia, doradcy, dyrektorzy - nie dyktowali nam stylistyki, warunków, pomysłów. Jeśli jeszcze uda się wydać cały materiał w tym kształcie na płycie - osiągniemy wszystkie założone cele. I to wszystko na przekór brakowi pieniędzy, sal na próby i różnym złośliwościom, jakie spotkały nas po drodze. Co w sumie jest optymistyczną puentą.

Puenta pesymistyczna, jest taka, że PWST podlicza nas na sowite kwoty i będziemy musieli stamtąd uciekać, bo nikogo nie stać na dopłacanie. A już na pewno nie będziemy finansować instytucji, która powołana jest do wspomagania kultury, nie zaś czerpania bezlitosnych zysków z innych podmiotów artystycznych. Ale tak już widać jest w Krakowie.

 

 

3.12.2005

Czytam opisy najnowszych polskich spektakli: akcja dzieje się głównie w dwóch sferach: albo na blokowisku, lub w środowisku marginesu, bezrobotnych, złomiarzy itp. - albo wśród singli żyjących w wielkomiejskiej dżungli, bądź w sferach drapieżnego biznesu.  Streszczenia coraz częściej przypominają zajawkę "Sprawy dla reportera" lub "Zawsze po 21". Interwencjonizm, odkreślanie ważkiej tematyki społecznej. Zazwyczaj czynione przez ludzi, którzy złomiarza widzieli z daleka przez okno. Teatr na tyle jest ważny, na ile opisuje rzeczywistość. Jakoś tak bezboleśnie pogodziliśmy się z tym, iż wyrugowano poza scenę takie słowa jak kreacja, fikcja, wyobraźnia. Już nie są ważne wykreowanie jakiejś fikcyjnej rzeczywistości, stworzenie świata - a liczy się wyścig ze światem za oknem. Oczywiście nie muszę  już mówić, że plastyka, walory muzyczne - to wszystko zostało zepchnięte na szary koniec. Oczywiście: teatr dzieje się tu i teraz, ale niekoniecznie musi to oznaczać nachalną publicystykę. Zwłaszcza robioną na poziomie banału. Kiedyś kino moralnego niepokoju odkrywało mroczne sfery życia społecznego, pokazywało coś o czym głośno się nie mówi. Dziś wystarczy konstatacja z gatunku: wszystkim rządzi pieniądz, politycy kłamią, biznesmeni mają popieprzone życie emocjonalne. Albo odczytanie rzeczywistości przez amerykańskie kino gangsterskie i ukazanie problemu postaci przez prochy i sex. Nieważne: Szekspir, Fredro czy Bizio. Media to kupią, a dziś nieważne czy mądrze czy głupio, byle spodobało się mediom, byle wpasowało się w modną w danym sezonie kreację.

Robiąc w 1998, 2000 - Oberiutów, dadaistów - nie miałem poczucia kompletnego oderwania się od świata współczesnego teatru. Dziś myśląc dalej o normalnej literaturze, choćby o "Pod wulkanem" Lowry'ego, "Rewizorze" Gogola, "Żarze" Sandora Marai i paru innych tekstach, czuję się jak zetlały dziadziunio, oderwany od pulsu epoki, gdyż szukam w tej literaturze emocji, ludzi - a w ogóle mnie nie interesuje budowania klucza w stylu: zróbmy Rewizora w stołówce pracowników Ministerstwa Rolnictwa, albo przenieśmy Pod wulkanem na zamkniętą stację PKP w Koluszkach itd. 

Nie wiem dlaczego ale, daliśmy sobie wmówić, że historia uczuć, że namiętności rodzące się między ludźmi, że zwykłe życie - bez obudowywania w konteksty społeczne, w doraźną publicystykę, w aluzyjki kabaretowe - nie ma już sensu. I tak zupełnie nie wiedząc kiedy rozplenił się na scenach neo-socrealizm, który teraz trzeba nazwać kapitarealizmem, cudownie wykuty z ducha Marka i Lenina. Brygada szlifierza Karhana bije brawo na stojąco.

 

26.11.2005

Namnożyło nam się ostatnio buntowników w teatrze, że hej. Z wygolonymi głowami, z irokezami: wściekli i niepokorni. Zbuntowani, aż po same okładki kolorowych pism, na których pokazują się w wystylizowanych sesjach. Jak oni cudownie upajają się swoim buntem i dymem kadzideł jaki ich otacza. To doprawdy niezwykle budujące: oto nadeszli buntownicy, którzy buntują się po to aby być sławni. Którzy swoją medialną sławą karmią swój bunt. Nic im nie grozi, niczym nie ryzykują więc dawaj przebierać się za punków, nonkonformistów. Jakoś im nie wierzę. Zbyt dobrze pamiętam bunt punkowy - gdy walka z establishmentem polegała na jego kontestacji, na zejściu do podziemia, na bytowaniu w zaszczanych  małych klubach, nie zaś na salonach. Dzisiejsi prowokatorzy i buntownicy chcą tylko aby wszyscy chodzili naokoło i powtarzali im: o boże, jacy jesteście niepokorni, no naprawdę pokazujecie zło świata. Okrywacie nam, że światem rządzi pieniądz, że dawne mity legły w gruzach. No dalej chłopaki i dziewczyny: zróbcie coś za co was nie polubią, walnijcie pięścią w twarz, ale nie jakimś wyimaginowanym wrogom - zmierzcie się ze swoimi pochlebcami, ze swoim światem. Powiedzcie coś, co zagrozi waszej pozycji. Tadeusz Kantor kiedyś pisał o pospolitym ruszeniu awangardy, w której szaty przebierało się wielu, gdy już niczym to nie groziło. Dziś mamy pospolite ruszenie zbuntowanych, którzy nagle przerazili się gangsterami, dresiarzami, ciotami. Puszczają rockową muzykę, cytują filmy i mieszczańska widownia piszczy z uciechy. Powiedzcie temu społeczeństwu coś takiego, za co was przeklną i znienawidzą. Zróbcie choć raz teatr za własne pieniądze, nie zaś w słodkim błogostanie repertuarowej sceny. A potem przebierajcie się.

 

20.09.2005

Północ. Z głośników niejaki Sznurow z zespołu Leningrad śpiewa: wsio eta chujnia.  Za oknem chłód. Nie wiem kiedy był ostatni dzień lata.  Politycy coś gadają. W końcu wybory za kilka dni. Nie chce mi się pisać.

 

13.09.2005

Wieczór. Jadę tramwajem w Krakowie. Wsiada czterech młodych ludzi. Obowiązkowe dresy. Stają za mną. Przez otwarte okno plują na przejeżdżające tramwaje. Robi mi się niedobrze. Chciałbym coś powiedzieć. Nie, nie powiedzieć, chciałbym dać im w ryj.  Ale siedzę. We krwi krążą dwie wiśniówki, wypite niedawno w Alchemii, więc odwaga wzrasta. Jednak siedzę. Na kolanach otwarte pismo teatralne "Foyer". Znowu ta katastrofalna dysproporcja, błąd formy. Bo jak stanąć twarzą w twarz z siłą młodości z "Foyer" w ręku? Więc w milczeniu przełykam gorycz porażki. Jeszcze by tylko brakowało, aby któryś z nich podszedł do mnie i przyjacielsko poklepał po głowie: te inteligencik!. Co wtedy? Kurwa. Ale porażka. I niech mi ktoś powie, że inteligent to brzmi dumnie.  Wysiadam. Ulga...?

 

12.09.2005

Nie zrealizowane spektakle, nie napisane adaptacje - uwierają jak bolesny wyrzut. Z moim przyjacielem Michałem Urbanem - scenografem, pracujemy ponownie nad "Baalem" Brechta. Mieliśmy go robić już ponad 6 czy 7 lat temu.  Wpuszczamy teraz Baala we współczesną przestrzeń, wrzucamy go do piekła nocnych klubów, mrocznej sfery opuszczonych stacji metra, prowadzimy go przez pakamery robotnicze, sceny kabaretów, aby w  finale wyprowadzić go w oświetloną słońcem łąkę na skraju lasu - gdzie będzie zdychał, sam jeden, opuszczony przez wszystkich. Ten, który nigdy nie kochał, a tak bardzo pragnął w tej ostatniej chwili odrobiny miłości i bliskości.  Czytam po raz kolejny ten dramat i odnajduję coraz więcej zaskoczeń - tych przyjemnych. Ten tekst jest nadal bolesny, chropawy, prowokujący. Ciągle odkrywam w nim nowe warstwy, w zmaganiu się Baala ze światem, ze samym sobą. Jest w nim coś przejmującego, coś co dotyka nas osobiście, dużo bardziej niż większość tekstów współczesnych. Czytam dość sporo tzw. nowego dramatu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz częściej autorom chodzi o zgrabne opowiedzenie - efektownie wymyślonej anegdoty, niż stawianie trudnych pytań, prowadzenie bohaterów na manowce. Nie zostawiają przestrzeni dla teatru czy wyobraźni - ci nowi gniewni autorzy. Bardziej ich często obchodzi społeczny status bohatera,  jakiś publicystyczny zawijas niż problemat miłości, samotności, zdrady. Nie zauważają, że takim podejściem skazują się na żywot jętek, zdychających razem ze zmieniającym się życiem społecznym. Baal też dzieje się wobec społeczeństwa, ale Brecht nie pisze ideologicznej wyprawki. Tutaj człowiek zmaga się sam ze sobą, nie zaś z "niewidzialną ręką rynku", albo prasowo aktualną kwestią molestowania czy dyskryminacji.

 

Przygotowuję też nowe projekty muzyczne. Jeden z nich będzie o Kazimierzu, o jego podejrzanych mieszkańcach, o tej nocnej stronie miasta, której większość ludzi nigdy nie pozna.

Mam z Kazimierzem wiele prywatnych przygód, zmagań. Dla mnie ta dzielnica ma wciąż trzy, zupełnie różne twarze.

1. Pierwszą – sprzed 15-10 laty to twarz dzielnicy zapuszczonej, niszczejącej, w wielu miejscach przechowującej ducha prozy Schulza, Singera. Dzielnicy, w której pamięć dawnego czasu jest niezwykle mocna. Daje się wyczuć nawet jej zapach. Dzielnicy metafizycznej, niepokojącej, a zarazem niebezpiecznej, owianej złą sławą. Dzielnicy, do której nocą lepiej się nie zapuszczać. Za dnia łaziłem po podwórkach, wchodziłem do kamienic, do bram, najczęściej zrujnowanych, śmierdzących moczem. Odkrywałem zapisane na ścianach, kamieniach ślady obecności Żydów. Podsumowaniem tamtej fascynacji było moje pierwsze duże widowisko plenerowe – "Noc Chasydów" w 1995.

2. Drugą twarz Kazimierza poznałem niedługo potem. To był Kazimierz wciąż niepokojący, ale już Kazimierz nocny, mroczny, w którym mogło się przydarzyć właściwie wszystko: szalone taneczne noce, nawiedzone kobiety, istotne rozmowy i nieistotne pijaństwa. Ta twarz nierozerwalnie związana była z knajpami Singer i Alchemia. Nieśmiało rozwijał się karczmarski Kazimierz, jeszcze nocą zapuszczało się tutaj niewiele osób. Wciąż przejście z Rynku na Plac Nowy to była wyprawa, którą planowało się z dużą pieczołowitością.  Kilka miesięcy, tuż po otwarciu Alchemii – to bodaj najbardziej zaskakujący czas tego miejsca: dostępny tylko wtajemniczonym, bez zgiełku turystów, przypadkowych klientów. Wtedy przychodzili tam prawie sami znajomi, głównie artyści, ale też ćmy barowe, stali bywalcy nocnego Krakowa. Siedzieliśmy do późna w towarzystwie właścicieli Jacka i Olka, pili piwo, które zostało na dnie beczki. Niewiele zapowiadało rychłe nadejście nowych czasów.

3. Twarz trzecia Kazimierza  – to dzień dzisiejszy – dzielnica apartamentowców, setek knajp, turystów,. Bezpieczna, oswojona, niecałkiem magiczna i mroczna. To jest  twarz zwyczajna, oswojona, dostępna dla każdego. Twarz na sprzedaż, która dobrze się prezentuje w reportażach dla prasy kolorowej, czy w telewizyjnych relacjach rozszczebiotanych panienek-redaktorek.  Gdzieś jeszcze w kilku ocalałych zaułkach, ukrytych podwórkach czai się pewnie dawny czas, ale jego dni są policzone. 

 

Nowy spektakl: „Pan Kazimierz” jest naszym ostatnim spacerem po Kazimierzu wymyślonym, jest poszukiwaniem jego ciemniejszej strony. Nadal pod nowymi warstwami farby, w wielu miejscach kryją się jeszcze szyldy, znaki przeszłości. Bywają tutaj nie tylko warszawscy biznesmeni i amerykańscy turyści. Są tez ludzie prawdziwi, zakręceni. O nich jest ta historia. I dla nas, aby uwierzyć, że wyobraźnia może być silniejsza od komercji, cepelii i pocztówkowych wzruszeń.

To jest czwarta twarz Kazimierza gdzie autentyczne fakty mieszają się ze zmyśleniem, gdzie czas wariuje i zestawia ze sobą zdarzenia, z kilkuset lat. Nie ma oczywistości. Burdele obok synagog. Knajpy obok kościołów.  Szkoła postawiona na miejsce niegdysiejszego burdelu. Parafianie od świętego Wawrzyńca od 300 lat błąkający się po Kazimierzu i szukający swojej spalonej świątyni. Mityczny Rabin Hood tropiący wrogów narodu wybranego. Wycieczka Żydów zamknięta w areszcie na Szerokiej, za zbyt huczne świętowanie Purim oraz bójkę i uszkodzenie ciała.

W tym świecie czas nie istnieje, istnieje tylko chwila, którą stwarza się jednym ruchem ręki. Dłoń uniesiona do góry: Król Kazimierz ścina nieświętego Baryczkę. Dłoń do dołu  - sztygar Andrzej Piekło zmierza przez Plac Nowy, ze swoim fantastycznym psem, na wódeczkę do Alchemii. Maria Rumianowa rodzi piąte dziecko i nie chce się wyprowadzać z Kazimierza. Obok na straganach stare truskawki piją wino, w Kolorach pracownicy korporacji piją kawę, u Endziora zjadają zapiekanki. Dzieje się. Ciągle szukamy Guru.

 

10.09.2005

Czasem wędrując po sieci można trafić na miłe niespodzianki. Znalazłem właśnie na portalu teatralnym "teatr dla was" recenzję z  mojego "Balu u Wolanda" w Teatrze Rozrywki. Ten spektakl został wyjątkowo obszernie opisany (ukazało się ponad 15 recenzji) - jednak większość z nich była albo powierzchowna, albo napastliwa (na szczęście tych były zaledwie dwie) - albo informacyjna (takie wymogi konkretnych tytułów). Stąd z przyjemnością przeczytałem tekst wnikliwie i uważnie analizujący spektakl. Autorka pani Marta Nowok - wykonała pracę, jakiej wielu zawodowo piszących o teatrze mogłoby jej pozazdrościć. Jeśli ktoś chce przeczytać podaję adres:

http://www.teatr.dlawas.com/tdw/index.php?option=com_content&task=view&id=79&Itemid=54

 

31.08.2005

W telewizji trwa serial pod tytułem: koncerty ku czci, okazji, na okoliczność rocznicy Solidarności. Obejrzałem dwa z nich. Najbardziej porażający obrazek w Warszawie: na placu siedzący na krzesełkach tłum VIP-ów – polityków, biskupów, oficjeli. Na scenie Dezerter wymiata ”Szarą rzeczywistość” – która paradoksalnie bardziej odnosi się do siedzącego pod sceną establishmentu („nic mnie nie obchodzi co o mnie myślcie, zostawcie mnie samego, chce mieć własne życie/ nic mnie obchodzą wasze myśli i sny, szara rzeczywistość, wasz rzeczywistość, nie obchodzi mnie”), niż do czasu przeszłego. Nie wiem czy zrozumieli przekaz czy też wystraszyli się ściany decybeli – w każdym razie oklaski były nikłe i raczej grzecznościowe. Za to jak zabrzmiały „Mury” – cały tłum karnie stanął na baczność. Wygonieni na scenę artyści wyśpiewali tekst z kartki. Dwa dni później w Hali Olivii, też na „Mury” wszyscy wstali. Między tymi dwoma koncertami była tylko jedna różnica: w tym drugim, znalazł się jeden utwór żartobliwy z tamtych czasów (Zielona wrona).  A tak poza tym groza, patos, łza wzruszenia. Kompletnie zapomniano, że przez cały stan wojenny i potem, ludzi na duchu – oprócz narodowych wzruszeń, trzymało przy zdrowych zmysłach poczucie humoru. Kabarety Pietrzaka, Pod Baranami (rewelacyjne „Wywiad z Mincową”, „Marszałek Koniew”), Pomarańczowa Alternatywa, dowcipy na gorąco komentujące każde wydarzenie. Najgroźniejszą bronią było poczucie humoru – ONI kompletnie nie wiedzieli co z tym zrobić. Byli bezradni jak milicjanci aresztujący we Wrocławiu rozbawione tabuny krasnoludków. Teraz nagle ujrzałem tamten czas zobaczony z perspektywy nie normalnego człowieka, ale przez okulary polityków: nadętych, pozapinanych na ostatni guzik, przeraźliwie bojących się jakiejkolwiek ironii. Tylko ten Dezerter chociaż trochę zazgrzytał.

Dobrze, że jeszcze nie zaśpiewali „Barki”, bo to byłoby już nie do zniesienia.

 

29.08.2005

Czytając "Mojry" przypomniałem sobie, o zdjęciu jakie zrobił mi w 1998 roku Zbyszek Bielawka. Siedzę w kawiarni "Dym" ze szklanką piwa, notując coś zawzięcie. Obok, przy innym stoliku siedzi dziewczyna czytająca książkę. Jest wczesne przedpołudnie. Zdjęcie to ukazało się potem na pocztówce wydanej przez Galerię Zderzak, oraz ilustrowało teksty o "Dymie" w "Przekroju"," Domu i wnętrzach" i gdzieś tam jeszcze. To jednak jest nieważne.  Najbardziej fascynujący jest w tym zdarzeniu - ów moment zatrzymanej chwili, gdy nagle błysk migawki łączy ze sobą nieznanych sobie ludzi. Kim była ta dziewczyna siedząca tego dnia w "Dymie"? Co czytała? Co się z nią stało? Jedno z tego pozostało: nadal bywam w "Dymie" na południowej kawie, wieczornej wódeczce. Zbyszek Bielawka już prawie nigdy tam nie zagląda.

A tak wygląda to zdjęcie:

 

 

28.08.2005

Skończyłem czytać „Mojry” Marka Sobola. Zaskakująca opowieść o trzech kobietach, w dużej części osadzona w realiach dzisiejszego Kazimierza. Bohaterki wędrują znanym dobrze szlakiem: Singel, Alchemia, plac Nowy, Szeroka. Spotykają znanych mi ludzi: Darka, Maćka, Jacka. Na okładce autor pisze, że to nie jest powieść o kobietach, ale o przezwyciężaniu zła. Dla mnie to opowieść o pamięci, o cierpieniu i odkupieniu jakie rodzą się z pamięci, a także  ulotności szczęścia, którego nie zauważamy gdy nas spotyka, a którego brak boleśnie odczuwamy i rozpamiętujemy, gdy nas opuści. To w pewnym sensie także książka o miłości, o rozpaczliwej potrzebie drugiej osoby. Ta opowieść utkana z gadania, z monologu – z płynących powolnym strumieniem słów, ma coś w sobie z „Podwójnego życia Weroniki” – metafizykę żywotów równoległych, coś z „Szóstego zmysłu” –  balans pomiędzy realnością a snem, albo tamtym światem. Przyjemny debiut, wciągający. Prawie w całości przeczytałem w autobusie – co dawno mi się nie zdarzyło. Jeden zgrzyt: finał rozczarowuje, jakby nagle autor zbudowany przez siebie świat  zracjonalizował, sprowadził na ziemię. I duchy uleciały bezpowrotnie.

 

13.08.2005

Po przemyśleniu idea SCENY INTRESTREFA CZUJ.PL wydaje mi się naprawdę interesującym pomysłem, który wbrew pozorom kryje w sobie naprawdę dużo możliwości. Dzięki przyspieszeniu transmisji w sieciach (coraz więcej ludzi korzysta ze stałych łączy) – można w taki spektakl swobodnie łączyć na przykład – transmisję strumieniową na żywo poprzez kamery internetowe (korzystając z laptopów i połączeń komórkowych – właściwie z każdego miejsca), z prezentacjami foto, animacjami flash, montażem zdjęć – grafiki, kolażami, ba nawet dołączonym do strony czatem on-line. Dokonujesz aktu prezentacji widowiska w sieci i natychmiast masz reakcję zwrotną. Możliwa jest nawet modyfikacja widowiska także w czasie realnym – poprzez stopniowe aktualizowanie strony: dodawanie tekstów, grafiki.

Tego typu akcja zyskuje zupełnie inny wymiar gdy na przykład w siec – tworzymy widowisko rozgrywające w naturalnych plenerach. Wykorzystujemy na przykład przestrzeń dworca, fabryki czy biurowca i korzystając z fotografii, rysunków i fragmentów video – wpisujemy w tę przestrzeń własną opowieść. Nie ma barier finansowych – są jedynie ograniczenia własnej wyobraźni. Jak daleko możemy się posunąć w budowaniu witualnego świata? To wszystko oczywiście są założenia techniczne: potencjalne możliwości, środki do wykorzystania. Na początku fascynujące swoimi możliwościami, ale nie zwalniające z tego najważniejszego pytania: o czym opowiadamy? Jaką historię czy ideę przekazujemy tą formą teatru? Na ile możliwe jest wzruszenie widza oddzielonego od nas serwerem, światłowodem, kablem miedzianym, procesorem, ekranem itp. ?

Czy to jest TEATR? Czy ciągle jest to teatr? Będę się upierał przy nazywaniu tej form jednak teatrem - mimo, że znika ten podstawowy (choć tylko pozornie) warunek zaistnienia teatru – czyli bezpośredni kontakt między aktorem (wykonawcą,  performerem) a widzem. Piszę pozornie – gdyż w sieci możliwy jest także do stworzenia właśnie ten moment bezpośredniego kontaktu w czasie realnym. Teatr INTERSTREFY – będzie się rozgrywał w konkretnym czasie – to będzie spektakl tyle że w sieci. Potem na stronie czuj.pl – będzie można już tylko obejrzeć dokumentację widowiska, albo jego drugą fazę – rozciągniętą w czasie. W całości prezentacja on-line oraz późniejsza dokumentacja w sieci wraz z komentarzami i dodatkami złożą się na finalny obiekt: zapis akcji teatralnej w sieci.

Istotne jest tutaj dla mnie spełnienie bardzo rygorystycznych wyznaczników formalnych, tak aby zachować wyraźną i czytelną dla odbiorcy bazę teoretyczną, opartą na świadomym akcie poszerzania języka teatru, eksperymentowaniu z nim – nie zaś tworzeniu wyłącznie sieciowej zabaw. Teatr ciągle ewoluuje, jego siłą jest ciągłe dopasowywanie się do nowych technologii, korzystanie z nich – nie zaś bierne poddawanie się ich dyktatowi.

Kiedyś wieszczono koniec teatru po wejściu kina, potem telewizja miała zniszczyć kino i teatr, teraz Internet, dvd, niedługo technologia UMTS w komórkach  mają zabić wszystko co nie jest do nich podobne. Nie zapominajmy: to jest tylko technika. U postawy każdego z tych gadżetów – leży chęć komunikacji między ludźmi. Jeden człowiek coś tworzy, aby przekazać innemu.

Tak samo w teatrze wirtualnym: może w nim uczestniczyć nieograniczona liczba widzów (no może ograniczona mocą serwera J), którzy na bieżąco mogą komentować widowisko, zmieniać jego kształt. Czyż to nie tylko nie spełnia definicji teatru, ale nawet poszerza ją, otwiera na nowe możliwości?

Muszę sięgnąć do książki Zbigniewa Raszewskiego „Teatr w świecie widowisk”. Gdy pisałem pracę magisterską na teatrologii („Teatr widowisk plenerowych w Polsce po rok 1968”) – okazała się ona niezwykle przydatna, zwłaszcza gdy pisałem o działaniach z pogranicza teatru (widowiska uliczne, pochody 1-majowe, msze papieskie, happening Pomarańczowej Alternatywy). Raszewski poszerzał definicję teatru, łamał dotychczas przyjęte – w sumie dość akademickie reguły. Powstanie happeningu, sztuki performance, cała działalność uliczna (zarówno artystyczna jak i polityczna) – zmusiły do innego definiowania teatru, objęcia jego definicją nowych zjawisk. Dzisiaj rozwój nowych technologii (szczególnie tych umożliwiających odbiór interaktywny) nieuchronnie zmusi nas do ponownego nazwania w teatrze pewnych zjawisk. Kiedyś szczytem możliwości multimedialnych wydawała się telewizyjna transmisja na żywo (tak z konieczności zaczynał polski teatr telewizji), teraz możliwości uległy daleko idącemu rozwojowi. Przekaz na żywo wydaje mi się dziś  absolutnym anachronizmem – stąd dość zabawne wydaje mi wskrzeszenie tej idei prze Kanał Kultura TVP. Rozumiem transmisję na żywo koncertu czy akcji ulicznej – ale pokazywanie regularnych spektakli…choć może. Wdaje mi się, że teraz trzeba iść dalej. Dużo dalej. Jak mówił Kantor: „należy mierzyć dużo dalej i dużo szerzej!”. Teatr telewizji zabrnął w ślepą uliczkę naśladowania kina, telenoweli czy nawet reportażu i nie wykształcił żadnego nowego języka. Zwłaszcza, iż dostał się w ręce sfrustrowanych nie robienie fabuły filmowców. Ale to się już skończyło. Stąd rzucam hasło Internet nową możliwością dla teatru. I zapowiadam: JUŻ NIEBAWEM NA CZUJ.PL pierwsza premiera. Całkowicie wirtualna.!!!

 

12.08.2005

Przeglądam materiały, które chcę zamieścić na stronie, ilustracje, fotografie. Mam na półce grubą teczkę z rysunkami mojego przyjaciela, scenografa – Michała Urbana – do naszych najrozmaitszych projektów. Tych niezrealizowanych, niedokończonych jest więcej. Kto wie czy najbardziej okazale na tej stronie nie powinna wyglądać strona „projekty niedokończone”. Są wśród nierealne widowiska plenerowe (nierealne nie tylko ze względu na rozmach – ale też dlatego, że na przykład cudowny plac przy ulicy Kupa w Krakowie – gdzie planowaliśmy „Wieżę Proroków” – został zabudowany apartamentowcami), spektakle dramatyczne, dla ktorch wciąż poszukujemy sceny czy też pomysły, które z biegiem czasu okazały się nieważne, nieciekawe. Wśród tych rysunków jest też wiele wersji wstępnych, próbnych – które z uwagi na rozmach, trudności techniczne musiały zostać zarzucone. Myślę, że z tych projektów niedokończonych często wynika o wiele więcej niż ze spektakli doprowadzonych do końca. Jakby dopiero tam ujawniało się jakieś szaleństwo, pragnienie przekroczenia barier, które wciąż nas otaczają.  Ta ciągła mantra: nie ma pieniędzy, proszę ograniczyć projekt, proszę go zmniejszyć, a czy nie może zamiast 10 aktorów wystąpić 5, czy nie da się nagrać orkiestry na taśmę, a scenografię zamiast z blachy wykonać z papier mache. Oczywiście – jak resztą łatwo sprawdzic w sekcji „spektakle zrealizowane” udało się bardzo wiele, ale mimo to – chyba nigdy nie usłyszałem jednego zdania: świetny projekt, za wszelką cenę postaramy się go zrobić i znaleźć pieniądze. Może nie potrafiłem trafić na właściwego producenta? Może pomysły były za słabe? Albo brakło siły przebicia? Kto wie – pewnie wszystkiego po trochu. Mam jednak pomysł, jak nie biadoląc ocalić szaleństwo wyobraźni: ostatnią deską ratunku będzie TEATR INTERSTREFY CZUJ.PL. Tutaj spróbujemy realizować projekty dziwne, niepokojące, rozbudowane. W końcu konceptualiści już z górą 30 lat temu rozwinęli ideę sztuki niemożliwej. Do tego potrzebny jest tylko pomysł i wyobraźnia odbiorcy – chęć uczestnictwa w takim wirtualnym projekcie. Muszę o tym pomyśleć – może wtedy oprócz normalnych premier będziemy zapraszać na wieczór premierowy na czuj.pl. Pierwszy w Polsce teatr całkowicie w sieci. Któregoś dnia – zaproszeni uczestnicy, każdy przed swoim komputerem o godzinie xxx wchodzą na stronę i są jednocześnie świadkami premiery w sieci, potem wypijają kieliszek wina lub wódki i przekraczając barierę „czwartej ściany”, która w tym momencie jest ekranem monitora wchodzą do środka spektaklu, gdzie są teksty, zdjęcia, fragmenty video i audio – od pomysłowość widza i jego kreatywności zależy to, jakie widowisko poskłada sobie z tych elementów. Taki teatr przypomina trochę grę komputerową trochę zwiedzanie wirtualnego muzeum. Oczywiście realizowano już  sieci transmisje ze spektakli żywego planu – ale (przynajmniej u nas w kraju) nie realizowano teatru wyłącznie z myślą o sieci. W przypadku Spektaklu Interstrefy także widzowie powinni mieć możliwość dorzucania następnych pomysłów, komentarzy, własnych tropów. Taki spektakl niczym „Kolumna Mertz” dadaisty Kurta Schwittersa (zaczął budować rzeźbę w formie kolumny w swoje pracowni, prosił znajomych aby przynosili mu swoje prywatne przedmioty, a on je wbudowywał w obiekt, z czasem musiał przebić się piętro wyżej i rzeźba dalej się rozrastała!) – obrastać będzie nowymi pomysłami, zmieniać się. Przedstawienie grane na żywo – też  się zmienia razem z aktorami, przestrzenią, w zależności od widza – więc nic nowego,  choć tutaj formuła przemian będzie inna, gdyż wirtualny spektakl będzie pęczniał, nabierał innych znaczeń. Kto wie, może wyłoni się z niego coś zaskakującego, odmiennego od pierwotnej idei? Muzycy – szczególnie twórcy hip-hop, nowych brzmień idealnie wykorzystali Internet do rozwoju własnej twórczości. Nie chce cię wydać znana wytwórnia? Nie masz pieniędzy n własną płytę? Zrób demo i wrzuć je w sieć. Jak ludzie będą chcieli słuchać, to może potem ktoś się tym zainteresuje. Pomysł prosty i skuteczny. W przypadku teatru (sztuki mimo wszystko konserwatywnej i odrobinę staroświeckiej) – wykorzystanie nowych technik kuleje. A jeśli już to postępuje na zasadzie mody: jak chodźmy na projekcje multimedialne – od Krystiana Lupy, przez Warlikowskiego, Jarzynę po całkiem młodych wszyscy wpychają do spektakli (z sensem i częściej bez)– ekrany, projekty, animacje. O sieci zapomnieli.

No i dobrze. Sami sobie winni.

 

10.08.2005

Czytam „Dziennik” węgierskiego pisarza  Sandora Marai. Marai zmarł strzelając sobie w głowę w roku 1989 w San Diego. Twórczość tego autora poznałem przed kilku laty, gdy mój przyjaciel D. – pożyczył mi cieniutki tomik zatytułowany „Żar”. To było olśnienie, coś jak pierwsza lektura przed laty Bruno Schulza. Niezwykła fraza, melodia języka, połączona z budowaniem niezwykle wnikliwego portretu psychologicznego. Powieść zbudowana jest w dużej części z monologów dwóch bohaterów – starzy przyjaciele, po 40 latach – spędzają ze sobą jeden wieczór –aby pojednać się i zrozumieć co rozdzieliło ich przed laty. Stary Generał i Konrad, wracający z tropików. W tle Anna – żona jednego z nich i kochanka drugiego. Przyjaźń, miłość, zaufanie, zdrada, zemsta…Wszystko splecione ze sobą jak  powieściach Dostojewskiego. Postanowiłem zrobić z tego spektakl. Napisałem adaptację – nie mogę jednak znaleźć od dłuższego czas odpowiedniego miejsca i obsady. W tym spektaklu mało będzie efektownej akcji – miejscem dziania się historii jest pokój, w którym odbyła się przed 40 laty ostatnia wspólna kolacja bohaterów. Reszta rozgrywa się w słowie, w portrecie psychologicznym, ale i czymś co nazwałem „kryminałem metafizycznym”. Bohaterowi mozolni dogrzebują się zagubionych faktów z przeszłości, układają niespójna mozaikę. Docierają do sedna „zbrodni namiętności” – jakie legły u początku i końca tej opowieści. Tak prowadzony spektakl wymaga niezwykle dobrze dobrane obsady – aktorzy muszą wciągnąć widza w akcję długimi monologami, napiciem w słowie, geście. W tym spektaklu widz będzie siedział na wyciągnięcie ręki od aktora, tak aby środki jaki trzeba operować były jak najbardziej dyskretne.

Wracając do „Dziennika” – gruby tom jest wyborem z czynionych przez pisarza zapisków przez ponad 50 lat. Jednak zacząłem czytać od roku 1984. Zaczyna się choroba żony autora. On sam czuje coraz bardziej ucisk mijającego czasu. W jakimś sensie przypomina Generała z „Żaru” (chociaż „Żar” powstał w roku 1948!). Następujące po sobie zapiski układają się w coraz bardziej przejmującą i wzruszającą historię miłosną. Walkę o każdy dzień życia żony. Zmaganie ze szpitalem, własna słabość. Potem żona umiera, pisarza opuszczają wszyscy bliscy: odchodzi brat, przybrany syn… 84 letni mężczyzna kupuje rewolwer. Chodzi na kursy strzelania. Wtedy koniec staje się coraz bardziej jasny i porażający.

Niewiele jest tak głębokich i dojmujących świadectw starości i umierania. Prawdziwych. Czytając o zmaganiach się jego żony L. z chorobą znów powrócił do mnie obraz mojego umierającego ojca. Osiem miesięcy roku 1998 zżerał go rak. Powoli i metodycznie. Pamiętam jego słowa (brzmi w nich melodia zdań zapisanych przez Maraia) – to było chyba w czerwcu po kolejnej wizycie na ostrym dyżurze: „dlaczego ja nie mogę umrzeć cichutko i spokojnie?”.

 

3. 08. 2005

Wreszcie się udało: uruchamiam własną stronę internetową. Czynność nieco próżna, ale sieć ma tak potężną siłę rażenia, że chyba warto. Teatr jest tak ulotny i chwilowy, że może 
przynajmniej dokumentacja w necie pozostanie na dłużej. Na razie strona jest w rozruchu, więc jeszcze nie wszystko działa i jest gotowe, ale nie będę czekał. Mam nadzieję, że internauci, którzy tu zabłądzą, powrócą jeszcze.