|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Oberiucka
Ars Moriendi Łukasz Czuj i aktorzy Teatru Mniejszego zrobili przedstawienie o przyjaźni. Jak zwykle u oberiutów, historię opowiada nam trup. Bohater rozumie nieuniknioność śmierci i szuka sposobów ratunku. Jednak nie chodzi o to, żeby ją powstrzymać, ale o klasę i styl spotkania z tym, co ostateczne. "Sen pogodnego karalucha" to druga po chorzowskim "Tango Oberiu 1928" poważna teatralna realizacja Łukasza Czuja, podobnie jak pierwsza oparta na dziele Charmsa. "Tango" opowiadało o afirmacji życia, każda piosenka, gag i kalambur miały za zadanie zagłuszyć myśli bohaterów o śmierci. Pochłonięci tańcem, żartami i zabawą, Charms, Wwiedenski i towarzysze przechodzili niepostrzeżenie na tamtą stronę. W "Karaluchu" jest inaczej. Nikt już nie ignoruje śmierci, ona przyszła i nie chce odejść, jawi się w wielu postaciach i znakach. Bohater nie zamyka oczu, ale otwiera je jak najszerzej. Większość utworów Daniiła Charmsa wieńczy zapisane niedbale słówko "już". To nie tylko potwierdzenie pośpiechu w jakim powstawały, niemal wycharczane, wydyszane i wyśpiewane przez autora w błysku chwili. "Już" jest również znakiem ulgi, radości, że udało się doprowadzić tekst lub wiersz do fina3u. W spektaklu Czuja "już" stanowi coś w rodzaju magicznego zaklęcia, którego sens bohaterowie poznają trochę przypadkowo. Momentalność reakcji aktorskich, epizodyczność konstrukcji scen, nawet asocjacyjne i psychologiczne wolty są tu podporządkowane tej samej szybkiej komendzie. Jednak w finale słowo to nabiera nieoczekiwanego sensu. "Daniile Iwanowiczu to już" mówi przyjaciel. już się stało - już umarliśmy. Tajemnica życia i śmierci zostaje w przedstawieniu Czuja odczytana bardzo prosto. Iskierka, w której zawiera się zasada istnienia scenicznego świata, w finale zmienia się w swoje przeciwieństwo. Absolutna witalność skrywała absolutną martwotę. Żeby zrozumieć, czym jest śmierć, trzeba pokazać jej przeciwieństwo - pełnię życia: bycie między ludźmi, kobiety, sztukę, taniec i śpiew. Śmierć zawiera się w życiu jak ziarno w łupinie orzecha. Zagadka, którą próbował odgadnąć upozowany na Sherlocka Holmesa Daniił Iwanowicz, była w nim samym. "Sen pogodnego karalucha" to prawie autorski tekst reżysera. Cytaty z konkretnych dzieł Charmsa stanowią tylko alibi. Tak naprawdę Czuj pisze oberiutami, wmyśla się w nich, wchodzi w ich skórę i emocje. W efekcie tworzy się fascynujący apokryf, bardzo wiemy duchowi tej literatury. Czuj wykroił z tekstów Charmsa strukturę moralitetu, a raczej tęsknotę za nią, za porządkiem, logiką i Bogiem. Odnalazł sytuację, w której do bohatera przychodzi Śmierć, ale zanim go zabierze ze sobą, zostawia mu jeszcze jedną chwilę, aby zrozumiał jej sens. Oberiucki Każdy wybiera na ten czas spotkanie z przyjacielem. Zawsze potrzebny jest ten, który odprowadzi, pomoże w inicjacji w zaświaty. Czuj odwraca sensy charmsowskich utworów, znajdując jednocześnie ich drugie dno. W oryginale do Elżbiety Bam przychodzi dwóch oprawców, żeby ją zabić, oskarżając o jakieś irracjonalne morderstwo na jednym z nich. W spektaklu Teatru Mniejszego ta sekwencja zmienia się w wyprawę dwóch przyjaciół, którzy chcą zabić Śmierć, upersonifikowaną w Elżbiecie Bam. Spektakl jest niezwykle skondensowany, klarowny, poetycki i delikatny. A jednocześnie dowcipny. Żadnego balansowania nastrojami, przeskoków z konwencji w konwencje. Czujowi udało się znaleźć jednolitą tonację. Reżyser wychodzi od aktorów, ich cielesności, psychologicznych spięć. Na początku musiały być improwizacje, zasada towarzyskiej gry: gdzie żart odpowiada na żart, mina przedrzeźnia minę, jeden ruch naśladuje inny. Przestrzeń - niczego nie odmawiając oszczędnej i funkcjonalnej scenografii Michała Urbana - nawet piękna muzyka Dominika Pietraszki lub światło mogą zniknąć, a spektakl pozostanie, nie utraci ani jednego ze swoich walorów i sensów. Motorem akcji jest para clownów w melonikach, zespawanych ze sobą jak Didi i Gogo z dramatu Becketta. Taka decyzja reżysera nie stanowi hołdu dla konwencji teatru absurdu, z którym łączy się teatralne próby oberiutów, ale najżywszą tkankę spektaklu, zasadę jego istnienia. Jeden bohater przegląda się w drugim. Zresztą rzadko zdana się podobny duet, tak często i konsekwentnie występujący razem. Radosław Krzyżowski i Błażej Wójcik to para aktorów bardzo skontrastowanych w stylach gry, fizyczności, charakterach, a jednocześnie idealnie się dopełniających. Jakby grali jednego człowieka rozpisanego na dwóch. Daniił Iwanowicz Mał i Aleksandr lwanowicz Gił to z pewnością ich najlepsze dotychczasowe role. Czuj pozwolił im wykorzystać wszystko, czego nauczyli się występując przez kilka lat po szkole w spektaklach schaefferowskich. Są teraz aktorami świadomymi swego ciała, z premedytacją akcentującymi najpierw formę ruchową i gestyczną postaci. Dopiero potem rodzi się z tego psychologia. Wiele sekwencji spektaklu nasycono łatwo uchwytnym smutkiem. Kilka razy coś dławi za gardło, zwłaszcza w jedynej kilkuminutowej scenie śpiewanej, ale próżno szukać w "Karaluchu" taniej ckliwości i liryzmu. Wzruszenie bierze się tu z uświadomienia faktu, że reżyser mówi nagle o rzeczach bardzo osobistych: jak strach przed śmiercią, pytanie o Boga, ucieczka od samotności, marzenie o kobiecie. Nie jest to jednak wcale przedstawienie pełne pesymizmu. Przecież możemy wybrać sobie postać, w której przyjdzie do nas Śmierć. U Czuja, w zgodzie z tradycją, kostucha jest kobietą. Jawi się raz jako Alicja (Dominika Bednarczyk), przypominając do złudzenia Gelsominę z "La Strady" Felliniego, raz jako Elżbieta Bam, kobieta wamp (Agnieszka Korzeniowska). W ostatniej scenie Alicja-Gelsomina pisze coś na murze bramy śmierci - nie wiadomo, wyrok, błogosławieństwo, nekrolog, zaklęcie. A może po prostu bawiąc się, muska palcem niewidzialny piasek życia, który zaraz zakryją fale czasu. Nie wiem, jak wygląda śmierć, ale wiem, dlaczego Czuj chce, żeby ta, która przyjdzie do jego bohatera, przypominała Gelsominę. Tak po prostu jest lżej. |
||||||||||||||||||||||||||||