Gombrowicz. Opereta Muerta

scenariusz spektaklu

Łukasz Czuj - na podstawie utworów Witolda Gombrowicza i własnych scen apokryficznych, napisany na zamówienie Teatru Studio w Warszawie

 

Postacie

Witold

Prezes – Hipolit – Leon

Śledczy N. – Henryk - Biskup - Ojciec

Młody – Fryderyk – Fornal P. - Jerzy

Pułkownik -Minister – Wacław – Fornal B- Janusz

Maurizio – Fornal K. - Karol

Juanita – Krystyna

Maria – Rena

Matka – Gospodyni

 

SCENA I Uciekinier

Strażnica w górach, przy granicy. Wieczór. Polska, jakiś czas po II wojnie. Na stole leży skulony mężczyzna, bosy. W ręku trzyma koperty. Z przodu dwóch mężczyzn w mundurach.

Pułkownik

Cudowny zachód słońca…

Młody

Złapali go przy samej granicy. Nie ma żadnych dokumentów. Miał tylko ten plecak.

Pułkownik

Wyjmuje z ręki leżącego kopertę

Nie wysłane. Aniela …. Nie można odczytać. Posta Argentina. Co powiedział? Kim jest?

Młody

Nie wiadomo. Nic nie mówi.

Pułkownik

Dlaczego bez butów?

Młody

W takim stanie go znaleźli.

Pułkownik

Osobliwie. Po górach na bosaka daleko by nie zaszedł. Podchodzi do leżącego Jak się pan nazywa? Kim pan jest? Skąd się pan tutaj wziął? Dokąd Pan szedł?

Młody

Mówże wreszcie, człowieku! Nie, nie, czas tylko przez niego tracimy.

Pułkownik

Zamknij się.

Młody

Pewnie. Znowu będziemy przez takiego całą noc tu siedzieć. Tfu.

Pułkownik

Idź już.

Młody

Ścierwo. Butów to nie ma, ale marynareczka prosto z Paryża.

Pułkownik

Co? Co chcesz? Zimno ci. Co? Nogi. Acha. Nogi. Poczekaj. Poczekaj, skarpety. Dam ci skarpety.

Młody

Niech pan przestanie. On już nie żyje.

Pułkownik

Jakbym go już kiedyś widział.

 

Młody

No i masz: noc z głowy, przez takiego zasrańca. Wziął se i umarł. Trzeba będzie raport pisać. Tłumaczyć się. Z ciałem się męczyć.

Pułkownik

Idź do domu. Ja sam napiszę.

Młody

A co z ciałem?

Pułkownik

Rano się tym zajmiemy. Jemu już i tak nic nie pomoże.

Włącza radio. Rozlega się muzyka: jakiś przebój Alibabek, rozdziera kopertę. Zaczyna czytać list.

Teraz to już mogę napisać tylko do Anieli, co ją ciemną będę do samej śmierci nazywał, ależ listu nie wyślę bo wybuchła wojna, a ja zostałem daleko za oceanem. Ciepło tutaj, palmy, chociaż ludzie inni. Mieszkam w hotelu, forsy tyle, że starcza na kawę i zupę. Siedzę teraz sam w jakiejś knajpie, i wiem, że jutro będę siedział w tym samym miejscu także sam, a także pojutrze i we wszystkie dni na drodze nieustającej życia mojego ciemnego. Zostanę tutaj jeszcze trochę czasu, ale zaraz jak się uspokoi i znajdę trochę forsy to wyjeżdżam....

Witold

Wyjeżdżam. Dzisiaj wyjeżdżam. Nieodwołalnie. To się staje nie do zniesienia. Od kilku miesięcy ani jednego istotnego słowa. Całkowita pustka. Kompletnie skapcaniałem.

SCENA II Fabryka

Argentyna. Jakiś czas po wybuchu wojny. Słychać radio, trzeszczący głos z hiszpańskojęzyczną stacją.

Witold

Dziś w nocy, w moim pokoju, jakiś robak, wylazł ze szpary w podłodze, przyglądał mi się chwilę poruszając tymi swoimi wąsikami, a potem ni stąd ni zowąd zwinął się w kłębek i zastrzyknął sobie jad z odwłoka. Dlaczego wybrał się z tym do mnie? Czy nie mógł załatwić się w szparze? Udałem, że nie widzę. Na ulicach też widuje się psy i konie, ale przecież jest większa dyskrecja i nikt nie będzie wyłaził specjalnie do kogoś aby mu pokazać.

Z tyłu pojawiają się w trakcie monologu Maria, Juanita, Maurizio

Witold

Co ona powiedziała?

Maria

Zapytała kto zapłaci za zupę.

Witold

I co pani jej powiedziała?

 

Maria

Powiedziałam, że to nieprzyzwoite zawracać głowę wielkiemu polskiemu pisarzowi, takimi błahostkami.

Witold

Co pani mówi, to jakieś bzdury. To jakieś idiotyzmy. Proszę iść do niej i wszystko odwołać.

Maria

Powiedziałam, że ja zapłacę za tę zupę.

Witold

Nie. Więcej tutaj moja noga nie postanie. Co oni sobie wyobrażają? Na Avenida Correintes jest od wiele lepszych lokali.

Maria

Jadę jutro ze znajomymi na plażę. Może zabierze się pan z nami?

Witold

To jest wykluczone. Kto to widział, aby tylu ludzi naraz gromadziło się w jednym miejscu. I do tego ten piasek. Wszędzie się wciska. Nie można się go pozbyć. Proszę mi lepiej powiedzieć, jaką pani podjęła decyzję.

Maria

Pan musi to wszystko jeszcze raz przemyśleć.

Witold

Ależ ja wszystko doskonale przemyślałem, od tego zależy dalsza moja egzystencja w tym kraju.

Maria

Odkąd umarł ojciec, prowadzę fabrykę sama.

Witold

Ja nie zamierzam z panią prowadzić żadnej fabryki. Ja chcę kupić maszynę, chcę żeby zarabiała, i chcę żeby pani mi wypłacała co miesiąc moje saldo.

Maria

Nagle przychodzi kryzys, nie ma kupców, robotnicy oczekują zapłaty.

Witold

Jest wojna, ludzie szukają duchowego wsparcia.

Maria

Nie wiem czy nie będę musiała sprzedać mojej fabryki.

Witold

Dlaczego?

Witold

Ależ, pani nie wolno. Nie teraz. Ja pani chcę powierzyć wszystkie moje pieniądze.

Maria

Pan powinien pisać. Niech pan też stąd wyjedzie. Razem ze mną.

Witold

Pani nie wolno zamykać fabryki. Ja mam doskonały wzór.

Maria

Ach tak.

Witold

Proszę, chciałby abyśmy tłoczyli coś takiego....rozsuwają się drzwi z tyłu, w drugim planie widzimy stojącą nadnaturalnej wielkości figurę Matki Boskiej dla lepszego efektu można pomalować figurkę farbą świecącą, widziałem coś takiego u mojej gospodyni. Nie do uwierzenia, w ciemnościach świeci jak latarnia morska. Ludziom to się podoba.

Maria

Przepraszam. Czy mogę pana o coś zapytać?

Witold

Tak. Proszę.

Witold

Tak. Proszę.

Maria

Czy pan wierzy w Boga?

Witold

Wie pani to doprawdy nieprzyzwoite i nietaktowne pytanie. To jest tak jak zapytać człowieka czy nie pożyczyłby 10 pezów, gdy widziało się jak schował przed chwilą do kieszeni 50 pezów. Jego sprawa, czy da pani pieniądze czy odmówi, a najwygodniejszym sposobem odmowy jest zełgać, że pieniędzy nie ma. Pani jednak widziała, że ten człowiek pieniądze ma, tym samym więc pozbawiła go pani możliwości zwyczajnej i łatwej odmowy. Pozbawiła go pani prawa wyboru i to jest świństwo i postępek nieprzyzwoity. Tak samo nieprzyzwoite jest zapytać człowieka czy wierzy w Boga, zwłaszcza kogoś, kto nie jest nawet daleką rodziną.

Maria

Ale przecież jedno z drugim nie ma nic wspólnego.

Witold

Toteż ja nie porównuję.

Maria

Witek, daj mi spokój.

Witold

Żaden Witek, żaden Witek, tylko pan Witold. Distancia Maria. Distancia.

Maria

Dobrze. Kupię dla ciebie tę maszynę. Do widzenia. Nie wstaje

Witold

Do widzenia.

Witold

Do widzenia.

Maria

Powinieneś coś z tym zrobić. Pod twoim stołem leży martwy robak.

Wstaje i wychodzi. Muzyka.

SCENA III Martwy karaluch

Witold

Robak, martwy robak koło łóżka, to na pewno przypadek, chociaż nie, ja w takie przypadki nie wierzę, nie, to wszystko już się dawno wydarzyło, zniknęło, zostało daleko, za oceanem, ojciec, dom, kuchnia, nie, nie wpadać w panikę, robak koło łóżka, martwy ojciec, nie wpadać w panikę...wyjeżdżam, jutro wyjeżdżam

Ze ściany wysuwa się łóżko ze śledczym-Ojcem.

Śledczy

Piękny mają Państwo dom. Naprawdę piękny. Pan dokądś wyjeżdża?

Witold

Nie. Tak tylko.

Śledczy

To pańska walizka?

Witold

Moja.

Śledczy

Dlaczego nie wezwał pan służby, tylko się sam pakuje?

Witold

Nie było … okazji…

Śledczy

O pan pisze? Dziś wszyscy piszą. Ja też napisałem powieść.

Witold

Doprawdy?

Śledczy

Iii. taki tam - kryminał, „Opętani”, w odcinkach drukował go „Kurier Czerwony”.

Witold

Winszuję!

Śledczy

Nie mówię tego, żeby się chwalić, chcę tylko podkreślić, że dziś wszyscy piszą.

Witold

Niech pan nie będzie taki skromny...

Śledczy

No dobrze. Wielu mnie czytało.

Witold

Więc Pan jest literatem.

Śledczy

Eee.. Tam. Jaki ze mnie literat. Literatem jest Kaden-Bandrowski, Dołęga-Mostwowicz, Kossak-Szczucka, no i oczywiście Pola Gojawiczyńska. Ja nie. Ja jestem tylko śledczym.

Witold

To znakomicie.

Śledczy

Niezwykle zacisznie tu. Przypominają się czasy dzieciństwa. Dom, matka w szlafroku, obgryzione paznokcie, brak chusteczki do nosa.

Witold

Ach.. dom..dom..naturalnie...myszy tu są...

Śledczy

Na myszy znam doskonały środek – ratopex.

Witold

Tak. Musimy się do nich zabrać energiczniej. Podobno był pan u ojca, to jest raczej... u ciała...

Śledczy

Byłem.

Witold

Podobno pan cos znalazł....

Śledczy

Ach tak...zdechłego karalucha.

Witold

No tak karaluchów u nas dużo. To znaczy żywych karaluchów, nie zdechłych.

Śledczy

Według mnie pański ojciec został uduszony.

Witold

Uduszony. Dobrze. Uduszony.

Śledczy

Pan się cieszy?

Witold

Cieszę się. Ma pan jeszcze jakieś pytania?

Śledczy

Pan bardzo kochał ojca?

Witold

Dosyć.

Śledczy

Dosyć to niewiele.

Witold

Dlaczego pan pyta?

Śledczy

Dlaczego pan taki sztuczny?

Witold

Ja? Ja sztuczny

Śledczy

Dlaczego pan zbladł w tej chwili?

Witold

Ja, ja zbladłem?

Śledczy

O, spogląda pan spode łba, nie kończy rozpoczętych zdań, rozprawia pan o myszach, karalucha....ruchy takie jakieś nerwowe. A proszę mi powiedzieć, drogi panie dlaczegóż to, w chwili śmierci ojca nie uronił pan ani jednej łzy?

Witold

Łzy?

Śledczy

Tak łzy. Tak mi wyszeptała wczoraj na schodach Pańska Matka.. To zwykłe u matek, że lubią kompromitować i zdradzać swoje dzieci. A teraz przed chwilą pan się zaśmiał.

Witold

To była....no ironia...Pan rozumie? Na odwrót, umyślnie.

Śledczy

Ironizować śmierć ojca? Dlaczego pan się tak wstydzi. Przecież śmierć ojca, to nic wstydliwego. A może pan się wstydzi, bo pan kochał. Może naprawdę pan kochał?

Witold

Dobrze...Jeśli pan koniecznie...jeśli tak...to niech tak będzie...kochałem. Proszę to jego włosy.

Śledczy

Dobrze. Niech pan je zabierze.

Witold

Nie chcę! Może ja pan zabrać! Daje je panu!

Śledczy

Na cóż te wybuchy? Dobrze – kochał pan. Zgoda., ale dlaczego w tej miłości tyle pogardy? Tyle okrucieństwa, tyle wstrętu? Dlaczego pan ukrywa się z nią, jak zbrodniarz ze zbrodnią? Kochał pan owszem, ale kiedy ojciec się rozchorował, nadmienia pan matce o potrzebie świeżego powietrza, Matka, która zresztą również kocha – słucha, kiwa głowa. Racja, dobre powietrze nie zawadzi, przenosi się więc z pokoju ojca obok do pokoju córki i tam będę na każde zawołanie chorego. Czyż nie tak było?

Witold

Tak było.

Śledczy

O właśnie! Ze mnie, wie pan stary wróbel. Mija tydzień. Pewnego wieczoru Matka z siostrą zamykają na klucz drzwi od sypialni. Dlaczego? Bóg raczy wiedzieć. Czyż trzeba się zastanawiać nad każdym przekręceniem klucza w zamku? Tak, ale jednocześnie pan zamyka na dole drzwi od kredensu. Dlaczego?

Witold

Tak właśnie było!

Śledczy

A potem przychodzi panu na myśl, że ojciec czegoś potrzebuje. A więc cicho idzie pan do pokoju ojca po skrzypiących schodach. No a kiedy już znalazł się pan w pokoju ojca – jazda na całego.

Witold

Ale kiedy ja tam wcale nie byłem! Ja cały czas byłem u siebie na dole, ja sam zamknąłem się na klucz w moim pokoju. ..To jakaś pomyłka.!

Śledczy

Co? Więc i pan się zamknął? Więc któż w takim razie go zamordował?

Witold

Nie wiem, nie wiem, może spodziewaliśmy się czegoś, może czekaliśmy na coś, może przeczuwaliśmy i ze strachu, ze wstydu, każdy u siebie na klucz...gdyż chcieliśmy, żeby ojciec, żeby ojciec – sam się z tym załatwił.

Śledczy

A więc przeczuwając, że śmierć się zbliża, pozamykaliście się na klucz przed nadchodzącą śmiercią? Więc jednak czekaliście na morderstwo?

Witold

Myśmy czekali?

Śledczy

Tak. Ale w takim razie któż zamordował skoro nikt obcy nie mógł się tu dostać żadną miara. Któż go zamordował?

Witold

Po chwili To ja. Ja – pojechałem

Śledczy

Jak to pojechałem?

Witold

Pojechałem, mówię, bo jazda – jak pan mówił – machinalnie – jazda na całego.

Śledczy

Co?! Prawda! Pan się przyznaje? To Pan? Pan? Naprawdę.

Witold

Ja. Ja pojechałem

Śledczy

Aa – własne, a cała rzecz trwała nie dłużej niż minutę.

Witold

Nie dłużej, najwyżej minuta, i to nie wiem czy za długo nie liczymy. Pojechałem – na całego, a potem wróciłem do siebie, położyłem się do łóżka i zasnąłem, a przed zaśnięciem ziewnąłem i pomyślałem, dobrze pamiętam, że ho, ho, jutro trzeba będzie wstawać rano.

Śledczy

Jest tylko pewien szkopuł. Szyja...wie pan szyja była nietknięta. Umarłem, zwyczajnie, w ataku sercowym...

Rozlega się Tango Muerte. Boczne, kontrowe światło. Słychać cały czas muzykę…

SCENA IV Dworzec Retiro

Argentyna. Dworzec Retiro. Pod ścianą Maurizio tańczy.Za nim wyłania się Minister. Witold jest lekko wstawiony.

Witold

Wielka obfitość pogrzebów tego lata Maurizio. Ja byłem dziś na pogrzebie pana K. W ogóle go nie znałem. Pracował w banku. Biurko obok mnie. Kilka dni temu nie przyszedł do pracy. Widziałem go potem w trumnie, ale to się już nie liczy. Staliśmy potem na cmentarzu w kilka osób, wtedy pomyślałem, ze tak naprawdę wszyscy jesteśmy umarli, że tutaj w tej ceremonii umarłego żegnają umierający. W tych szczególnych okolicznościach taka myśl sprawiła mi dziwną przyjemność. Upał, spokój i tak wiele umierania.

Podchodzi do niego Minister

Minister

Bardzo dobre miejsce. Uważasz pan. Tego w naszym kraju nie uświadczysz. Takie rozluźnienie obyczajów, przemieszanie klas, nie poznasz kto proletariusz, a kto hrabia. Chaos, nigdy bym nie przypuszczał, że polubię coś takiego. Od razu domyśliłem się żeś pan rodak nasz, bo taki spięty siedzisz. Miałem dziś coś takiego, wie pan, to przy tym upale często nachodzi. Myślałem o 12-letniej dziewczynce, pomaga mojej gospodyni. Ona by chciała, ja bym chciał, ale nie można bo państwo, bo prawo, bo religia, bo jej matka...

Witold

Czuje pan ten zapach?

Minister

Trochę tu śmierdzi, ale czego można się spodziewać po takim miejscu.

Witold

Taki sam zapach był w pokoju mojego ojca zanim umarł.

Minister

Widzę że za chłopcami się pan rozglądasz. Tamten niczego sobie. Czarniawy.

Witold

Ja z kraju ojczystego przybyłem. Pisarzem jestem. Polskim.

Minister

No tak. Literat. A jestem minister byłego państwa polskiego – Kosiubidzki Feliks.

Witold

Wojna.

Minister

Wojna?

Witold

Wojna

Minister

Wojna!

Witold

Wojna!!!

Minister

A co maszże pan wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny? Nic to. My już wroga pokonamy. Pokonamy! Pokonamy, psia jego mać, już ja ci to mówię, a to ci mówię, żebyś mi nie mówił, że ja ci nie mówiłem, że pokonamy, zwyciężymy, w proch zetrzemy dłonią mocarną, rozbijemy na pałaszach, o Jezus Maria, o Jezus, rozgnieciemy, rozmiażdżzemy, zabijemy!

Witold

Ja z kraju ojczystego przybyłem. Pisarzem jestem. Polskim. Niechaj pan, rządu polskiego pełnomocnik rozporządza moją osobą wedle woli swojej i rozumienia swego.

Minister

Więcej niż 50 pezów dać panu nie mogę. Więcej nie dam bo nie mam, masz tutaj 50 pezów i nie zawracaj mi głowy.

Witold

Ja nie tylko literat, ale i Gombrowicz.

Minister

A jaki Gombrowicz?

Witold

Gombrowicz.

Minister

Ano jak Gombrowicz, to maszże tu 70 pezów A jak godność, proszę.

Witold

Gombrowicz.

Minister

Owszem, owszem. Słyszałem. Słyszałem. Jakże bym nie słyszał, Trzeba panu dobrodziejowi jako z pomocą przyjść, bo ja obowiązek wobec piśmiennictwa naszego narodowego znam i jako minister tobie z pomocą przyjść muszę. Owóż, że pisarzem jesteś, ja bym tobie pisanie artykułów do gazet tutejszych wychwalające, wysławiające wielkich pisarzów i geniuszów naszych zlecił, z za to krakowskim targiem 75 pezów na miesiąc zapłacę. Bo więcej nie mogę.

Witold

Bóg zapłać, nie. Nie.

Minister

Jakże to? Nie chcesz pan wychwalać.

Witold.

Nie. Wstydno.

Minister

Jak to wstydno.

Witold

Dopraszam się łaski jw. Panie, ale bardzo mnie wstydno.

Minister

Chyba na pysk zbiję...Czekaj. To ty literatem jesteś? Cożeś tam wyskrobał, co? Książki jakie. Wstaje Gombrowicz naszym gościem! Święto! Zaszczyt to dla nas! Zaszczyt bo my wielkiego Pisarza Polskiego gościmy, może największego! Wielki to nasz pisarz, a może i geniusz. Powitajmy wielkiego pisarza naszego. Hip, hip, hurra. Hurra, hurra. Wstaje i wychodzi, bierze ze sobą Maurizia No to pamiętaj, żeś przez ministra jak należy uhonorowanym został, a teraz dbaj żebyś nam wstydu przed ludźmi nie zrobił.

Witold

Sam Ja urzędniczkiem bankowym jestem. W banku papiery przekładam. Taki ze mnie literat. Zarżnięty siedmioma godzinami urzędolenia, zdławiony we wszystkich przedsięwzięciach pisarskich. Wszystko wzięło w łeb.

Nie słychać nic. Nie ma mużyki, jedynie głuche odgłosy wystrzałów...

Witold

Bawcie się. Bawcie się. Wojna jest daleko, co was to obchodzi, co was to obchodzi.

Nagle wysoko ucicha. Pionowe światło na Witolda.

Anielo Ciemna, zdziwisz się, ale musiałem wrócić Polski, z ważną i tajną misją.. Nie mogę powiedzieć gdzie, gdyż przybyłem z ważną i tajną misją. Może nawet dostanę order, a już na pewno pochowają mnie z wojskowymi honorami., gdyż mam na rozkładzie niejedną karkołomna śmiałość i poszukiwany jestem przez Niemców. A już myślałem, że nigdy nie będzie mi dane wojsko. Mam nadzieje, że jakoś dajesz sobie rade w tych ciemnych czasach, obyśmy doczekali jaśniejszych.

Stukot, przechodzący w pukanie do drzwi

SCENA V Witold zdradził

Polska. Wojna. Okupacja. Pukanie. Witold ostrożnie otwiera drzwi, nagle pada na ziemię. W drzwiach stoi Karol.

Karol

Pani prosiła, żeby panu zupy przynieść. Panie Witold, proszę zjeść bo wystygnie.

Witold zaczyna jeść, łapczywie, jak zwierzę. Karol patrzy na niego, przygląda się jego spodniom.

Karol

Wilki wczoraj pod dom podchodziły, ale żeśmy je z panem Hipolitem pogonili. A dzisiaj Niemcy byli i świnię zabrali. Pauza A pan to kawał świata pewnie zjeździł. Pauza Ja wiem, że nie wolno mówić....pauza Pan by mi dał te swoje spodnie!

Witold

Na co ci?

Karol

Potrzebuję. Na handel.

Witold

Co z tego, że potrzebujesz?

Karol

Potrzebuję!

Witold

To kup sobie.

Karol

Nie mam forsy.

Witold

Ja też nie mam. Idź sobie stąd. Musze się przespać.

Wychodzi Karol, Witold barykaduje drzwi, z drugiej strony: zmiana planów, z boku postacie, Hipolit trzyma w ręku lampę, rozmowa szeptem.

Hipolit

Heca panowie, powiadam heca. Dziś w nocy Witold widział się z osobami przybyłymi z Warszawy, mieli ustalić szczegóły pewnego działania zbrojnego, które miał poprowadzić w okolicy. Jednak, panowie hece, że ho ho. Witold, uważacie – powiedział, że ani tej akcji, ani żadnej innej, już nie poprowadzi, oraz że wycofuje się raz na zawsze z konspiracji i „wraca do domu". Heca! Uważasz pan, podobnoż : „odwaga mu się wykończyła" No może Witold zwariował, może on nerwowo wykończony. Ale nie ma pewności, czy nie sypnie...a sekretów to on zna panie, tyle, że ho ho.

Fryderyk

Witold zdradził.

Wacław

Przecież to bohater, odznaczony.

Henryk

Co on robi teraz?

Hipolit

W pokoju. Zamknął się na klucz. Prosił o konie, upiera się żeby wracać. Przecie nie mogę dać koni. Przecie nie mogę dać koni.

Henryk

No to co panowie zamierzają?

Hipolit

Co pan chce? Nie ma o czym gadać! Musi być zrobione! Stróża wysłałem do Ostrowca, niby z pilnym sprawunkiem, psy nie będą spuszczone. Ja tylko ich zaprowadzę do niego, na górę, i niech robią co chcą. Tylko za warunek postawiłem żeby bez hałasu, bo cały dom gotów się zbudzić. Co do ciała, to usunie się... już to obmyśliłem, w szopie. A jutro ktoś z nas niby to odwiezie Siemiana na stację i kwita. No to tymczasem panowie, a jakby co, to jakby nigdy nic.

Odchodzą, każdy w swoją stronę, jakby nigdy nic.

SCENA VI Gacie

Ciemno. Noc. Henryk z latarką, łapie światłem Witolda.

Henryk

Co pan tu robi? Jest środek nocy.

Witold

Słyszałem głosy. Nie do uwierzenia!...łgłosem, do siebie Potrzebuję pomocy.

Henryk

Czym mogę panu służyć?

Witold

Pan wie że ja zupełnie załamałem się nerwowo?
Henryk

Przyznam się... Nie rozumiem...

Witold

Pan musi być jednak au courant. Śmieje się Pan wie kim jestem. I że się załamałem.

Henryk

No tak, chyba faktycznie nie jestem au courant...

 

Witold

Pan człowiek sympatyczny... Ja tu dłużej już nie mogę... w odosobnieniu.. Zdecydowałem, że zwrócę się do kogoś. Zdecydowałem, że zwrócę się do pana. Może dlatego, że pan sympatyczny, a może dlatego, że przez ścianę... Dłużej ja nie mogę być sam. Nie mogę i kwita! Pozwoli pan, że spocznę. Prosiłbym o informację, czy tu coś się knuje przeciwko mnie?

Henryk

Dlaczego?

Witold

Wybaczy pan, ja bym chciał otwarcie... Pan słyszał o mnie, jako o człowieku śmiałym, niebezpiecznym, można powiedzieć... No tak... Ale teraz, niedawno, napadło mnie to... Zapeszyłem się, wie pan. Taki feblik. Tydzień temu. Siedziałem, wie pan, przy lampie i naraz mnie do głowy przychodzi takie pytanie: dlaczego tobie dotąd nie pośliznęła się noga? A jeśli jutro pośliznie się i wpadniesz?

Henryk

To przecież nieraz musiało się panu nasunąć.

Witold

Naturalnie! Nieraz! Ale tym razem na tym nie skończyło się — bo mnie zaraz przyszła do głowy druga myśl, taka, że ja nie powinienem tak myśleć, bo to mnie mogłoby ewentualnie zmiękczyć, otworzyć, diabli wiedzą, udostępnić niebezpieczeństwu. Pomyślałem, że lepiej tak nie myśleć. A jak tylko tak pomyślałem, już nie mogłem się opędzić tej myśli, i złapało, i teraz ciągle, ciągle muszę myśleć, że mnie powinie się noga i że nie powinienem o tym myśleć, bo mnie powinie się noga, i tak w kółko. Panie! Złapało mnie! Nerwy. To nie nerwy. Wie pan co? To przeinaczenie. Przeinaczenie śmiałości w strach. Na to nie ma rady. Panie, ja jeszcze trzy tygodnie temu miałem przed sobą cel, zadanie, miałem walkę, obiekt taki czy inny... Teraz nic nie mam. Wszystko ze mnie opadło jak, za przeproszeniem, gacie. Ale czego wy chcecie ode mnie? Już piąty dzień tu siedzę. Proszę o konie - nie dają. Trzymacie mnie jak w więzieniu. Co chcecie ze mną zrobić? Co chcecie?

Henryk

Niech się pan uspokoi. To nerwowe.

Witold

Chcecie mnie wykończyć?

Henryk

Pan przesadza.

Witold

Taki głupi nie jestem. Ja nawaliłem... Nieszczęście się stało, że ja się im wygadałem ze strachem moim. Teraz, kiedy się boję, stałem się niebezpieczny. Niech pan posłucha, to jest błędne koło. Wy mnie się boicie, bo ja boję się was, ja was się boję, bo wy mnie się boicie. Ja nie mogę inaczej z tego wydobyć się, jak tylko skokiem i dlatego buch, uderzam, do pana po nocy, choć się nie znamy...

Henryk

Co mam zrobić?

Witold

Niech mi pozwolą odjechać. Odczepić się. Wycofać się. Odszedłbym na piechotę, ale gotowiście mnie na polu gdzie zdybać i... Niech pan wyperswaduje, żeby mi pozwolili odjechać, że ja nikomu już nic nie zrobię, że mnie się przejadło. Ja chcę być — spokojny. Spokojny. Jak raz się rozszczepimy, nie będzie trudności. Panie, niech pan to zrobi.. Albo niech pan mi pomoże uciec. Zwracam się do pana, bo przecie nie mogę być sam przeciwko wszystkim, jak banita, niech pan mi rękę poda, niech pan mnie tak nie zostawia. Nie znamy się, ale ja pana wybrałem. Ja do pana.

Henryk

Panie, jest wojna. Kraj jest okupowany. Dezercja w tych warunkach to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić. Jeden drugiego musi pilnować. Pan to wie.

Witold

To znaczy że... pan nie chce ze mną... naprawdę pomówić? Panie, nigdy panu portki nie opadły? Panie, ze mnie to wszystko opadło, ja jestem bez tego. Pomówmy bez ceregieli. Jeśli ja do pana po nocy, jak nieznajomy do nieznajomego, pomówmy bez tego wszystkiego, chce pan?

Henryk

Nic mi nie wiadomo aby panu co groziło. To przesada. Nerwy. Niech pan posłucha. Przede wszystkim opanować nerwy. To najważniejsze. Niech pan zejdzie jutro na obiad. Niech pan powie, że to był kryzys nerwowy, który już mija. Że pan wraca do formy. Niech pan udaje, że panu przeszło. Ja ze swej strony także pomówię z gospodarzem i postaram się jakoś urządzić panu ten wyjazd.

Muzyka. Tango Muerte, niespokojne, zgrzytliwe. Witold skulony w kącie. Przerażony. Wyciemnienie.

SCENA VII Niech pan stąd ucieka!

Muzyka. Argentyna. Po wojnie. Pokój Witolda. Maria na łóżku.

Maria

Gdzie pan był? Czekam od godziny.

Witold

Tam gdzie zawsze.

Maria

Co za zapach. Kolejna noc na Dworcu Retiro?

Witold

Od pięciu dni nie śpię. Jakbym się przeniósł do innego świata. Coś zachwycającego. Miałem kiedyś coś takiego, z jedną taką, mieszkała w domu studenckim w Krakowie, miała zawsze otwarte... jak było trzeba chłopaki płacili jej na kredyt... oj pożyliśmy wtedy, pożyli...

Maria

Niech pan natychmiast stąd wyjedzie!

Witold

Tyle, że Retiro to jest inna strona. Tajemna strefa. Tylko dla mężczyzn. Ty tego nigdy nie zrozumiesz, z tą twoją moralnością, z tymi zasadami.

Maria

Znajdą Pana kiedyś na plaży z nożem w boku.

Witold

Ja nie mogę pisać, nie mam co jeść, niebawem ta świnia gospodyni wyrzuci mnie na ulicę, ona nie rozumie, że taka nachalna pazerność na forsę jest nieprzyzwoita. A pani nawet nie potrafi należycie zadbać o moje saldo.

Maria

Przecież pracuje pan w banku?

Witold

Do banku przychodzę bo tak mi się podoba. A poza tym garnitury pana prezesa leżą na mnie idealnie. Dzięki temu zachowałem jeszcze resztkę godności.

Maria

Kupiłam panu bilet na statek. Niech pan wraca do kraju. Napisałam do Związku Literatów. Czekają na pana.

Witold

To są jakieś idiotyzmy. Kto pani pozwolił. Ja od pani oczekuję jedynie staranności w wyliczaniu mojego salda. A pani nawet nie potrafi zrobić porządnej Matki Boskiej Świecącej, one w ogóle nie świecą się jak należy, a to jest niedopuszczalna kompromitacja, to jest oszustwo, ja nie mogę przez to pisać.

Wsuwa w ścianę łóżko z Marią.

SCENA VIII Zabić Witolda

Z boku czterej mężczyźni, jak spiskowcy stoją w kręgu, Hipolit trzyma lampę, potem przekazują ja sobie z ręki do ręki. Witold leży na podłodze – jest „niemym” świadkiem tej rozmowy.

Hipolit

Pan potrzyma. No to, panowie. No. A teraz do rzeczy. Trzeba kończyć z nim. Dzisiejszej nocy trzeba to załatwić. Naciska! Naciska! Znowu zażądał koni, ale panowie, to jest żulik! To jest morderca! Chciał koni, powiedziałem że dziś nie mam, może jutro... wtedy ścisnął mi rękę palcami, rękę mi wziął w palce i ścisnął, mówię wam, jak typowy zabójca... i powiedział, że jeśli do jutra, do 10-ej rano, koni nie będzie, to...Nacisnął! Dziś w nocy trzeba to załatwić, bo jutro będę musiał dać konie. Będę musiał. Panowie, no, jak to zrobimy? Kto?

Fryderyk

Przepraszam. Nie wiem czy...

Hipolit

Co?

Fryderyk

Śmierć. Z-a-b-i-ć go?

Hipolit

A co? Jest przecie rozkaz.

Fryderyk

Z-a-b-i-ć Ja... tego... nie...Pan także nie!

Wacław

Ja?

Fryderyk

Jak pan to zrobi... nożem — bo to nożem trzeba — nie z rewolweru, za głośno. Jak pan się urządzi, żeby to zrobić?

Hipolit

Pan dezerteruje?

Fryderyk

Ja tego nie mogę...A pan? Pan zabije?

Henryk

Nie.

Hipolit

Panowie, to jest bajzel. Dość zawracania głowy. W takim razie ja sam załatwię. Bez pomocy.

Fryderyk

Pan?

Hipolit

Ja.

Fryderyk

Nie.

Hipolit

Dlaczego?

Fryderyk

Nnnie...

Hipolit

Panie. Niech się pan zastanowi. Przecie nie można być świnią. Trzeba mieć trochę poczucia obowiązku. To jest obowiązek, panie! To jest służba!

Fryderyk

Pan chce z poczucia obowiązku za-bi-jać niewinnego człowieka?

 

 

Hipolit

To jest rozkaz. Myśmy otrzymali rozkaz. To akcja, panie! Ja nie będę się wyłamywał z szeregu, wszyscy muszą razem. Tak trzeba! To jest odpowiedzialność! Co pan chce? Żeby go wypuścić żywcem?

Fryderyk

To niemożliwe. Wiem, to niemożliwe.

Hipolit

Więc czego pan chce?

Fryderyk

Ja wiem, naturalnie... konieczność... obowiązek... rozkaz... Nie można nie... Ale przecie pan mnie... Pan nie będzie za-rzy-nał... Pan nniee... Pan nie może!

Hipolit

No to co?

Fryderyk

Niech Karol to załatwi.

Hipolit

Karol?

Fryderyk

Pewnie. On to załatwi. Jak pan mu każe.

Hipolit

Mamy na niego to zwalać? Na chłopaka. On do koni zgodzony.

Fryderyk

A na kogo? My tego nie zrobimy, to nie dla nas... a zrobić trzeba, nie ma rady! Pan mu powie. On zrobi, jeśli mu się powie. Dla niego to nie będzie problem. Dlaczegóżby nie miał zrobić? Niech pan mu każe.

Hipolit

Pewnie że, jak każę, zrobi... Ale jakże tak? Co? To on niby... za nas?

Wacław

Nie można wyręczyć się nim, przerzucać na niego ryzyka, to niemożliwe!

Fryderyk

O co chodzi? O to tylko żeby ktoś za nas wziął nóż i ciachnął, to jemu pójdzie gładziej, niż nam.

Wacław

Nie mamy prawa posługiwać się nim dlatego tylko że ma szesnaście lat, pakować go w to... Wyręczać się...To byłoby niemoralne!

Hipolit

Możliwe... rzeczywiście najprostsze... Od odpowiedzialności nikt się nie uchyla. Chodzi o to tylko, żeby się nie zbabrać... samym faktem... To nie dla nas robota. To dla niego. Że też mi to do głowy nie przyszło. Pewnie!

Wacław

Dobrze, niech Karol to zrobi.

Henryk

Karol.

Hipolit

Chodź tutaj. Witold zdradził. Są na to dowody.

Karol

Aha!

Hipolit

Trzeba go zakatrupić dziś jeszcze, w nocy. Zrobisz to?

Karol

Ja?

Fryderyk

Boisz się?

Karol

Nie. A jak nie otworzy drzwi? Przecie on zamyka się na klucz.

Fryderyk

Znajdzie się sposób żeby otworzył. Idź już.

Karol

No dobra.

Odwracają się i odchodzą. Zostaję sami Karol i Witold.

SCENA IX Zabójstwo

Witold wstaje, Karol wyjmuje nóż, podchodzi do niego. Zaczyna go „golić”.

Witold

Kiedy to się skończy?

Karol

Już niedługo.

Witold

Co tam jest za oknem?

Karol

Wielkie rozległe pola.

Karol wykonuje ruch, jakby chciał pchnąć Witolda nożem, ten podbija jego rękę, zmiana świateł, wchodzi temat muzyczny Dworca Retiro – Witold i Karol-Maurizio tańczą. Wyciemnienie.

 

 

SCENA IX Banco Polacco.

Banco Polacco. Witold siada na krześle. Wchodzi Prezes Banku. Przesuwa biurko, ustawia meble.

Prezes

Jak pan wygląda. Jak pan pracuje. Gdzie jest pańskie biurko. Może pan już więcej tutaj nie przychodzić. Nie potrzebujemy tutaj artystów, tylko finansistów. A poza tym pańska Polska już przeminęła, nadchodzi nowe. Ale finanse zawsze zostaną. I teraz właśnie potrzeba nam ludzi z sercem do pracy. Pan tylko owoce zjada, pestkami pluje, personel nam pan judzi. Pański Minister już pana nie chroni. Wczoraj go zadźgali na Dworcu Retiro. Do chłopców miał skłonność i chłopiec go zadźgał.

Nagła cisza. Wyciemnienie.

SCENA X Psi strach

Witold skulony z boku.

Witold

Anielo Ciemna, miałem wczoraj przygodę inną, dziwniejszą. Podszedłem nagle nagi do okna. W domu naprzeciw kogoś widocznie zgorszyłem, przypuszczam, że żonę marynarza. Przyszedł policjant z gospodynią i jeszcze ktoś. Oświadczyli, że już od dawna gorszę lokatorów z domu naprzeciwko. Powiesiłem zasłonki. Potem poszedłem na kolację z paroma tutejszymi literatami. Zgodnie uznali, że jestem mętnym anarchistą z drugiej ręki, z tych co to z braku głębszego uzasadnienia proklamują elen vital i gardzą tym czego nie rozumieją. Wszystko się skończyło. Teraz nie robię nic – ogarnia mnie zwierzęcy strach. Wsłuchuję się w swoje ciało i zaczynam się bać. Od dołu coś dusi mój kark i mam wrażenie, że jeszcze trochę i moja głowa zostanie zgnieciona od góry, stracę wtedy zdolność kontrolowania swojego stanu i zwariuję. Całe ciało ogarnia słabość, która zaczyna się od stóp. I nagle pojawia się myśl – a jeśli mój stan nie wynika ze strachu, tylko strach wynika z mojego stanu? Wtedy robi się jeszcze straszniej. Uciekać.

SCENA XI Partyzanci z Małoszyc

Nagle drzwi się w tej samej chwili otwierają i stoją w nich trzej dawni fornale

Fornale

Podchodzą do Witolda

A tutaj się ukrył, nasz Witold. A już myśleliśmy, że to plotki. A on wrócił. A my do pana, z samej Warszawy jedziemy. A pan w góry ucieka!

Fornal B.

Cześć pisarzowi naszemu wielkiemu, cześć mistrzowi…mam nadzieję, że nie oderwaliśmy pana od pracy…

Witold

Nie. Nic robiłem. Siedziałem sobie na podłodze.

Fornal B.

To dobrze panie Witoldzie, drogi szanowny. Trzeba się napić. Chodźmy.

Fornal P.

Na jednego!

Fornal K.

Na jednego!

Fornal P.

Butelkę gorzki!

Fornal K.

I angielkę z kropelkami!

Fornal B.

Niepotrzebna nam Hemingwayów i Salingerów, mamy pisarza naszego. Chodźmy ja funduję.

Fornal P.

Nie ja funduję

Fornal K.

Ależ nie ja funduję.

Witold

Proszę mnie nie dotykać. Tylko bez obściskiwania.

Fornal P.

Widzieliście ćwoka. Ja funduję.

Fornal K.

Co ciebie nudzi ten... chodźże ze mną, napijemy się bez ceregieli.

Fornal B.

Nie słuchajże, że Pan ich, już od chamstwa uszy puchną. My się czego razem napijemy, proszę pana mego.

Witold

Ano, większego dla mnie honoru nie może być, jak z Panami popić, alem w kompanii …

Fornal B.

Chodźmy na jednego! Napijmy się. Ja funduję!

Fornal P.

Nie ja funduję.

Fornal K.

Co ty mnie będziesz fundował, ja tobie zafunduję,

Witold

Panowie moi mili, alem w kompanii. Wybaczcie jednak, drobiażdżek, ot błahostkę. Nie bardzo sobie przypominam. Czy myśmy się już kiedy poznawali?

Fornal P.

No masz go. Nie poznaje nas.

Fornal K.

Cieee. Nie poznaje.

Fornal P.

My som synami fornali, co to u jaśniepaństwa w Małoszycach pracowali. Tych co trzeba żeśmy wydali ludowej władzy... i teraz my som górą.

Witold

Jakże to? Fornale?

Fornal K.

Te. Patrz pan. Zestraszył się pisarzyna. Boja ma.

Razem

Iii. Boja ma.

Witold

Co też panowie, gdzie tam...Ja żem swój ...

Fornal B.

Ogłosi się w prasie, że pan się cudownie odnalazł, pan pójdzie do radia, wypowie się co i jak trzeba, odetnie się od emigracyjnych wichrzycieli i sprzedawczyków sprawy narodowej i będziemy kwita. Naszej ojczyźnie potrzeba bohaterów. I pan będziesz naszym bohaterem. Z wrogiem pan walczyłeś, po lasach żeś się ukrywał, z armią ludową, trzymał, przeszłości się swojej pańskiej wyparł.

Witold

Alem w kompanii. Ale mnie tu wcale nie było. Nic. A nic.

Fornal B.

A kto to wie. Ci co trzeba czytali te pańskie literatury. Pan jesteś przeciw temu co było. I to wystarczy. W tamtej Ameryce też żeś pan trzymał z naszymi, od naszych towarzyszy brał piniądze to teraz tutaj od nas będziesz brał i partyzancką naszą chwałę będziesz pisał.

Fornal K. podchodzi do stołu, stawia krzesło i robi z niego radio

Cała Polska czyta Gombrowicza. 300 procent normy w czytaniu Gombrowicza wyrobimy. Robotnicy Żerania meldują: Gombrowicz przeczytany, po trzy razy, dla lepszego zrozumienia. Cudownie odnaleziony pisarz, spotyka się z czytelnikami w świetlicach robotniczych. Dziś na kombinacie metalurgicznym w Nowej Hucie im. Lenina.

Fornal P.

No to ja teraz tobie towarzyszu ze 100 dolarów dam.

Fornal K.

Ja tobie dam i 200 dolarów, towarzyszu

Fornal P.

Ja tu 300 mam, tu mam 300 i jeszcze 15 drobnymi.

Witold

Po cóż wy mnie to dajecie? Na cóż mi piniądze wasze?

Fornal B.

Masz tu 500.

Fornal K.

Masz tu 600.

Fornal B.

Tu 700, 700 masz i bierz kiedy ci daję.

Witold

Nie gorączkujcież się panowie, z wolna, z wolna.

Fornal K.

A toż ja mam dziurawą kieszeń, ot lepiej tobie piniądze moje dam, bo jeszcze zgubię.

Fornal P.

Zaraz, zaraz. Co to jest.

Witold

Co się stało.

Fornal P.

Chodźcie no bliżej.

Witold

Czemu bliżej

Fornal P.

Czuje pan coś?

Fornal B.

Perfuma. Zagraniczna.

Fornal K.

Ale….

Fornal B.

Ciszej. Ciszej. Sprawa jest poważna. Przyznaj się pan.

Witold

Ale o co chodzi panowie. Ja już wezmę te pieniądze.

Fornal B.

Tu nie o forsę rzecz się rozchodzi, ale sprawy poważniejsze. Jesteś pan czy nie jesteś?

Witold

Z wami jestem. Z chłopakami, parobkami jestem.

Fornal B.

Jesteś pan czy nie?

Witold

Przepraszam. Jak pan powiedział?

Fornal K.

Pedał, pedzio, ciota, homo nie wiadomo.

Fornal B.

Panie Witoldzie, drogi szanowny. U nas można być dezerterem, można być maminsynkiem, grafomanem, możesz być pan nawet nikim – ale nie tym, bo jakże to – uczyć dziatwę szkolną, że mistrz nasz, że polski pisarz co literaturę naszą rozsławił na świat – chwała naszego języka, z polskiej ziemi zrodzony, z dworku polskiego, spod skrzydeł husarii. Tego nasz system edukacji nie wytrzymie. Pana tylko przeszłość wojenna uratować może.

Witold

Bójcie się Boga, panowie. Ja was przemogę i zmogę. Ja nie puto, nie Gonzalo.

Razem

Nie szumcie wierzby nam

Z żalu co serce rwie

Nie płacz dziewczyno ma

Bo w partyzantce nie jest źle

Witold

Alem w kompanii. Panowie: ja nie partyzant, ze mnie byłby żaden żołnierz, ja byłbym pełną kompromitacją służby. Byłoby żałosne patrzeć jak z okrzykiem „niech żyje Polska” nadziewam się jak kawał mięsa na ruszt wrogiego bagnetu.

Fornal B.

Milczeć. Wam się wydaje, że coś wiecie. A ja wam mówię, gówno wiecie, gówniarz jesteście i tyle. I jak będzie trzeba to i z wami, gówniarzami… zrobimy porządek. Sprawdzimy was do trzeciego pokolenia, zobaczymy kto i jak, z kim i po co, zobaczymy kto z narodem naszym trzymać nie chce, a potem otworzymy szeroko drzwi, i takiego kopnianaka w dupę wymierzymy, że przeminiecie jak nikomu niepotrzebne wspomnienie.

Kładą się jeden obok drugiego na łóżku, które razem z nimi wyjeżdża.

Scena XII Biskup z Krakowa

Gospodyni

Panie Witold. Jakiś biskup do pana, a ja właśnie rosołu nagotowałam. Znowu się zmarnuje.

Witold

źniej. Niech przyjdzie później.

Gospodyni

Z daleka, z samego Krakowa sam biskup do pana przyjechał.

Rozsuwają się drzwi z tyłu, biskup przez całą scenę pozostaje w drugim planie, jego głos słyszymy z głośników, przetworzony, dobiegający jak z wnętrza krypty

Biskup z Krakowa

Ja w całkowitej dyskrecji. Incognito.

Gospodyni

A to jak pan Witold. Też udaje, że go nie ma.

Biskup z Krakowa

Ale wrócił. Najważniejsze, że wrócił.

Gospodyni

Odkąd przyjechał, to jakiś dziwny. Nigdzie nie jedzie, siedzi, je i nie płaci. wychodzi

Biskup z Krakowa

Bardzo się cieszę, że pana widzę.

Witold

Ach tak.

Biskup z Krakowa

Mam nadzieję, że nie oderwałem pana od pracy.

Witold

Nie, skądże, nic nie robiłem, po prostu siedziałem sobie na podłodze.

Biskup z Krakowa

Ja do ciebie z posłaniem przychodzę. Od księdza prymasa. Nam powiedzieli, że ty chcesz umrzeć. A może byś ty się zgodził na Skałce pochować. Jak pisarz. Nasz polski. Pan musi. Pan nie mówi ani słowa. Pan mi kiwnie głową, że się zgadza. Krypta czeka na pana. To znaczy na pana ciało. Pochowamy tam pana jak Wyspiańskiego, jak Piłsudskiego. Nie wolno panu. Nasi najlepsi plastycy przygotowali katalog sarkofagów. Proszę wybrać. Srebrny, marmurowy, może szklany. Szklane domy, szklane trumny, kruchość świata. To piękna metafora.

Witold

Ja zażądam kremacji. Albo rzucę się do oceanu.

Biskup z Krakowa

Tysiąc lat przez mnie przemawia, pan nic nie mówi, pan uklęknie, ja pobłogosławię.

Witold

Ależ, ja jestem...to znaczy nie wierzę...nie mogę od dawna uwierzyć.

Biskup W. z Krakowa

A pańska rodzina była bardzo religijna, przywiązana do tradycji. Kult przodków, poszanowanie naszej historii, chrześcijańskich korzeni naszej kultury, tysiąc lat chrześcijaństwa, chrzest, Mieszko I – to zobowiązuje, naprawdę zobowiązuje.

Witold

Ależ ja się tego wszystkiego wyrzekłem.

Biskup z Krakowa

Z głupoty, tylko z głupoty, ale naród panu wybaczy….

Witold

Ależ, ja nie z narodem, ja przeciw niemu, ja sam...

Biskup z Krakowa

Nie możemy sobie pozwolić żeby to komuniści stawiali panu pomniki. Pan jest nasz, z polski, katolicki, z dworku naszego, z tradycji naszej, którą ci zaprzańcy chcą zniszczyć. Tak nie wolno. Nie panu.

Witold

Ja nie chcę z komunistami.

Biskup z Krakowa

No widzi pan. Nie ma pan wyjścia. Teraz trzeba. Tutaj nie można być obok, pomiędzy. Pan teraz będzie jak sztandar, i my ten sztandar podniesiemy i nieść będziemy przez Polskę. Dzieci w szkołach z przejęciem wymawiać będą Pańskie nazwisko, gdy to się wszystko przewali – zrobimy panu ulicę, nawet dworek się odbuduje i zrobi tam izbę pamięci. Sam przyjadę poświęcić. Pan uklęknie, ja pobłogosławię…

Witold

Nie, nie. Proszę mnie zostawić. Ja jestem słaby. Nie mogę często złapać oddechu. Ja nie dam rady. Znajdźcie sobie kogoś innego.

Biskup z Krakowa

A jak pan dostanie Nobla, to co wtedy będzie? Pan musi pomóc temu umęczonemu narodowi, tym ludziom tutaj potrzebny jest jakiś znak nadziei.

Witold

Mam prośbę, drobiazg. Może ksiądz biskup pożyczy mi trochę pieniędzy, akurat mi się skończyły a muszę zapłacić tej wstrętnej babie zaliczkę. Ostatni raz zapłacę tej świni i koniec. Niech Związek Literatów za mnie płaci, jak tak chcą mnie na członka. List nawet przysłali.

Biskup z Krakowa

….potrzebny jest jakiś znak nadziei. znika

Witold

Ja coś panu powiem. Ja stąd wyjeżdżam, już jutro. Jestem spakowany. Nie uda wam się. Ja wam ucieknę. Słyszy pan: ucieknę! Przez góry, na bosaka. Jak zwierzę.

Wyciąga walizkę

SCENA XIII Krystyna

Otwiera walizkę, wyskakuje z niej Krystyna, nowocześnie-egzystencjalnie ubrana, razem z nią pojawia się tandetna dancingowa muzyka

Krystyna

Uff. Wysoko tutaj. Nie przeszkadzam...

Witold

Nie nic nie robiłem, siedziałem tylko na podłodze

Krystyna

No tak zawsze byłeś ekscentrykiem. Siada na ziemi Nie pamiętasz mnie?

Witold

Coś jak przez mgłę...

Krystyna

Krystyna. Wchodziłeś do mnie przez okno, no to teraz ja w drodze rewanżu.

Witold

Zasłona uniosła się…

Krystyna

Ale cię pilnują!

Witold

Kto mnie pilnuje? Ja tu sam, po cichutku, incognito. Sam dla siebie.

Krystyna

Taki jeden stał przed domem, ale poszłam przez krzaki.

Witold

Nic się zmieniłaś.

Krystyna

Zmieniłam się. Teraz już mogę.

Witold

Co?

Krystyna

Mogę się przespać z tobą. Jesteś znany.

Witold

Ależ co ci przyszło do głowy

Krystyna

Nie bądź taki skromny. Przyniosłam prezerwatywy, francuskie. Od wujka.

Witold

Prezerw... nie mogę, jestem osłabiony, a poza tym muszę uważać na spodnie.

Krystyna

Nie płacz. Musisz mieć więcej pewności siebie. Mężczyzna powinien być zuchwały.

Witold

Ja chciałem, po cichu, sam ze sobą....

Krystyna

Ty jesteś onanista. To takie podniecające. W „Życiu Literackim: czytałam, że ty jesteś egzystencjalnym nihilistą.

Witold

Ach tak.

Krystyna

A to znaczy, że jest ci wszystko jedno. Całkowita wolność.

Witold

Chyba mnie nie zrozumieli...

Krystyna

Nieważne. Dostaniesz Nobla i nikt tym się nie będzie przejmował. Tyle forsy. Co ty z nią zrobisz? Byleś tylko nie palnął czegoś głupiego..

Witold

No wiesz., niby o czym?

Krystyna

No wiesz o Piłsudskim, albo o wojnie....No ale zmężniałeś ....No to co...mogę się rozebrać.

Witold

Nie, nie trzeba.

Krystyna rozbiera się, pojawia się muzyka z Retiro, inne światło – Krystyna zamienia się w tancerkę z nocnego klubu

Witold

Pani powinna wyjść pani za mąż. Mieć dzieci…

Krystyna

A tak, wyjdę za ciebie. Kupimy sobie psa. Zostanę wdową. Będą mnie zapraszali na przyjęcia, do ambasad.

Witold

Zasłona uniosła się! Pamiętam. Karol kochał się w pani!

Krystyna

On? On nie kocha się ani we mnie, ani w żadnej... Jemu zależy tylko na... no, żeby się przespać... Przecież to szczeniak i do tego, wie pan... no, lepiej nie mówić!

Witold

Przecież pani jak wolno mi przypuszczać, na pewno nie jest pani święta, no więc może się pani z nim przespać, dlaczego nie?

Krystyna

Pewnie, że naturalnie mogłabym, mnie nie zależy, zwłaszcza, że już to robiłam z takim jednym żołnierzem, w domu, w zeszłym roku. Naturalnie niech pan nie mówi rodzicom.

Witold

Rodzice niczego się nie domyślają...

Krystyna

Domyślają się, bo nawet przyłapali nas.

Witold

Na pewno wierzy pani w zasady moralne.

Krystyna

A pan myśli, że co? Że ja nie mam moralności? Przecież jestem katoliczką.

Witold

Jak to? Przystępuje pani do sakramentów?

Krystyna

Naturalnie!

Witold

Wierzy pani w Boga? Tak dosłownie, po "katolicku”?

Krystyna

Gdybym nie wierzyła, nie chodziłabym do spowiedzi i komunii. Niech pan nie myśli! A jak wyjdę za mąż, nie będę się puszczać.

Znika z boku

SCENA XIV Nic

Witold

Ależ nie, nigdy bym tutaj – do was – nie wrócił. Nigdy. Statek, pociąg, samolot, pociąg, samolot, statek, może jeszcze balon, tramwaj, samochód. I co? Wysiąść na dworcu w Warszawie, jakby nigdy nic pójść na Nowy Świat. Dokąd. Tam już nie ma nikogo. Teraz mam tutaj to co chciałem. Własny stolik w kawiarni i grono czytelników. Szkoda, że żaden z nich nie przekroczył trzydziestki.

Pauza, Witold przechodzi w pierwszy plan, pojawia się temat Retiro, z boku wychodzi Maurizio

Wiesz Maurizio, teraz przemyśliwam jakby się tak wynieść na tamten świat. Perspektywa kwękania wieloletniego niezbyt mi odpowiada. Mimo mojego lękliwego usposobienia zdobyłbym się na ten krok, gdyby to miał należycie pod względem technicznym opracowane. Zażywanie środków nasennych, gaz świetlny to zbyt niepewne. Strzelić do siebie bym nie umiał. Najlepsze byłoby cyjankali, ale tutaj nie ma kontaktów z chemikami.

W drugim planie widzimy Leona - śmieje się.

Leon

Nic.

Witold

Co?

Leon

Nic, nic, nic, nic, nic

Witold

Co pana tak cieszy?

Leon

Co? Nic! Właśnie to: nic! Cieszy mnie „nic", bo „nic" to jest właśnie to coś, co się robi przez całe życie. Człowiekuś stoi, siedzi, mówi, pisze... i nic. Człowiekuś kupuje, sprzedaje, żeni się, nie żeni się - - i nic. Człek siedzium na pniusium i nic. Woda sodowa.

Witold

Mówi pan, jakby pan nigdy nie pracował.

Leon

Pracować? A jakże! A owszem! Trzydzieści dwa lata! Dzionek w dzionek z wyjątkiem niedziel, z domciu do banczku, z banczku do domciu. I co? Nic! Przeciekło!

Witold

Co panu przeciekło ?

Leon

Lata rozpadają się na miesiące, miesiące na dni, dni na godziny, minuty na sekundy, a sekundy przeciekają. Nie złapie pan. Przecieka. Ucieka. Nic. Złodziejstwo!

Witold

Pan jest zdenerwowany...

Leon

Tak, tak mam w nerwach rodzaj napięcia, ale świętującego, uroczego! Proszę skłonić ku mnie łaskawy nosek.

Witold

Po co?

Leon

Jestem z lekka uperfumowany.

Witold

Przejdę się trochę...

Leon

Niech pan się wstrzyma, może powiem...

Witold

Co?

Leon

To, co pana interesuje...Czegoś pan jest ciekawy...tiri...tiri..tiri

Witold

Pan jest świnia. Brudas. Pan jest brudna świnia.

Leon

Dość! Ja jestem przykładny ojciec rodziny, sądownie nie karany, całe życie harujący, zarabiający, dziś emerytowany, ale niemniej przykładny, szósta piętnaście wstaję, wpół do dwunastej zasypiam (chyba, że bridżyk za zezwoleniem połowicy), panie mój, ja połowicy mojej przez trzydzieści siedem lat małżeńskiego pożycia ani razu z żadną inną tego tam... hm, hm... Nie zdradziłem. Ani razu. Trzydzieści siedem. Ani razu! Proszę! Mąż jestem dobry, czuły, wyrozumiały, uprzejmy, pogodny, ojciec najlepszy, czule kochający, dla ludzi przyjemny, chętny, życzliwy, pomocny, proszę, niechże pan powie, co pana w życiu moim upoważnia do takich tam, że ja coś tam, na boczku, czy jak, psim swędem, zupełnie jakbym ja nielegalnie, pijaństwo, kabaret, orgia, rozpusta, łajdactwo i wszeteczeństwo z lafiryndami, może przy lampionach bachanalie z odaliskami, ale pan sam widzi, spokojnie sobie siedzę, gawędzę i jestem correct i tutti frutti!

Witold

Pan jest onanista.

Leon

Proszę? Pan mnie o wariantunium myślowo pomawia?

Witold

Cokolwiek.

Leon

Owszem, niech pan pomawia, to ułatwia. Ja sam trochę wariata stroję, żeby ułatwić. Pan lubi małe przyjemności?

Witold

Lubię.

Leon

No widzi pan, jakoś się dogadaliśmy. Dziś w nocy święto.Ja w szarym życiu tylko jednej zaznałem frajdy, rzekłbym, absolutnej... i to było dwadzieścia siedem lat temu. Rocznica. Która godzina?

Witold

Po szóstej.

Leon

Drogi Panie. Ja młodość taką sobie miałem. Myśmy w małym miasteczku, w Sokołowie mieszkali, mój ojciec był kierownikiem spółdzielni, pan wie, trzeba ostrożnie, ludzie zaraz o wszystkich wiedzą, pan wie, w małym miasteczku żyje się, jak za szybą szklaną, każdy krok, ruch, każde spojrzenie, wszystko jak na tapecie, Boże święty, i ja się tak na widoku uchowałem, a do tego, przyznam, nigdy zbyt wielką śmiałością się nie odznaczałem, ha, cóż, nieśmiały, cichy... bo ja wiem... coś tam naturalnie sobie uszczknąłem, jak się okazja nadarzyła, człowiek sobie radził, jak mógł, ale nie powiem. Mało co. Wciąż na widoku. A potem, wie pan, cóż, jak tylko do banku wstąpiłem, ożeniłem się i, bo ja wiem, trochę tam, owszem, aż w końcu, w tej goryczy mojej, ja po rozum do głowy, myślę sobie, co ty będziesz cudzej ręki szukał, przecie sam masz dwie i, czy pan uwierzy, przy pewnym treningu można tak się wyspecjalizować, że jedna ręka drugą rękę maca, pod stołem, na przykład, nikt nie widzi, a choćby i zobaczył, to co, można się dotykać i nie tylko rękami, także udami na przykład, albo palcem ucha, bo, jak się okazuje, wie pan, rozkosz to kwestia intencji, jak pan się uprze to i na własnym ciele może pan używać, nie powiem dużo, ale zawsze lepszy rydz, niż nic, naturalnie chętniej bym odaliskę-huryskę jaką... ale jak nie ma...

Gdy się nie ma, co się lubi To się lubi, co się ma.

Witold

Nie mogę się skarżyć, jednak coś z życia wyciągnąłem, a że inni więcej, no cóż, zresztą kto ich wie, każdy tylko trajluje, przechwala się, że z tą, że z tamtą, a naprawdę bida z nędzą, wraca do domu, siada, buty zdejmuje, do łóżka się kładzie sam z sobą, więc po co tyle gadania, ja przynajmniej, wie pan, jak człowiek tak na sobie się skupi i zacznie sobie małe, nieznaczne przyjemnostki świadczyć, nie tylko zresztą erotyczne, bo na przykład, może się pan jak basza zabawić kuleczkami z chleba, przecieraniem binokli, ze dwa lata to uprawiałem, tu mnie głowę suszą sprawami rodzinnymi, biurowymi, polityką, a ja sobie binokle... Jedzenie takiego karmelka możesz pan rozłożyć na etapy primum wąchanie secundum lizanie, tertium wsadzanie, ąuarium zabawki z językiem, ze ślinką, ąuintwn wyplucie na rękę, przypatrzenie się, sextum rozpęknięcie za pomocą zęba, że poprzestanę na tych kilku etapach, ale, jak pan widzi, można już sobie jako tako poradzić i bez dancingów, szampana, kolacyjek, kawioru, dekoltów, frufru, pończoszek, majteczek, biustów, wyprężeń, łaskotek hi, hi, hi, ojej, co pan, jak pan śmie, hihihi, hahaha, ochochoch, yych, yych, z karczkiem. Ja przy kolacji sobie siedzę, z rodziną gawędzę, z lokatorami, a przecie i tak trochę paryskiego szantanu sobie po cichu wyskrobię. I niech mnie przyłapią! Hę, hę, hę, nie przyłapią! Gdy się nie ma, co się lubi To się lubi co się ma!

Witold

Która godzina?

Leon

Po szóstej.

Witold

Idź pan. Ja wariata stroję tylko dla ułatwienia. A naprawdę jestem mnich i biskup. Muszę teraz w skupieniu do mszy mojej się przysposobić.

SCENA XV Rodzina

Witold chowa się pod stołem. Z tyłu ojciec. Potem Matka. Siostra Rena. Wszyscy poważni, nieobecni, jak goście na stypie.

Matka

No, nie. Ja się rozchoruję, znów jestem gorzej. O mój Basedow.

Ojciec

Tosiu, dlaczego jęczysz i męczysz?

Matka

Ja to nieważne, ale Witek…

Ojciec

Tosiu, Ttosiu.

Matka

O mój Bazedow! Już lepiej byłoby gdybym to ja um…

Ojciec

Całe życie moje byłem normalnym człowiekiem. Ale syna miałem wariata!

Matka

To wszystko przez te bose nogi. Zarazki, mikroby. Świat pełen jest zarazków!

Janusz

Tato już czas

Ojciec

Tak, tak.

Rena

Mamo, chodź, to już.

Matka

Już?

Rena

Tak.

Janusz z Jerzym unoszą stół do góry i wynoszą go do tyłu, za stołem idzie rodzina, jak w kondukcie.

Witold

Nic to. Nie to nerwy. Trzeba się uspokoić. Anielo Ciemna, jestem teraz w Argentynie, u siebie w pokoju. Na śniadanie herbata, pieczywo, masło i dwa jaja, jak zwykle w parzyste dni na miękko, w nieparzyste na twardo. Siedzę sam. Sam to wszystko stworzyłem. Zaraz drzwi się otworzą i przyjdzie znowu ta świnia gospodyni. Nie, nie zapłacę dzisiaj, ani jutro. Boże. Codziennie ponoszę klęskę na wszystkich frontach. Boże, Boże, gdybym chociaż mógł uwierzyć w Ciebie, zacząłbym się modlić. Ojcze nasz, który jesteś...ojcze...oj...brakuje tchu. Nie ma powietrza w gardle. Trzeba otworzyć okno, zaczerpnąć powietrza, trzeba jeszcze próbować. Ojcze nasz...ojcze....który jesteś w niebie...

Brakuje mu tchu, jak zwykle na koniec zapada ciemność.

Kraków-Warszawa, 2004